czwartek, 16 kwietnia 2015

Rzecz o brzozach i ogrodzie

Ten wpis zainspirowała sąsiadka, która już jakiś czas temu zaproponowała mojej mamie, żeby nasze brzozy "przyciąć, tak ładnie jak u sąsiada." Okazuje się, że nasze drzewa nie dają spokoju i jednym i drugim sąsiadom. Skoro budzą tyle negatywnych emocji, dlaczego w ogóle brzozy? I co w ogóle dzieje się u nas w ogrodzie, kiedy my spędzamy weekendy na szkoleniach albo w skandynawskich rozjazdach?
Brzozy u nas są starsze niż staż zamieszkania któregokolwiek z sąsiadów. Zasiały się na działce po śmierci dziadka, na grządkach którymi nie miał się kto zajmować. Jako gatunek pionierski rozpanoszyły się szybko, tworząc mały zagajnik. Był on czasem prześwietlany, bo drzewek wyrosło naprawdę dużo, ale poza tym rósł sobie samopas. Teraz jest już wysoki, a z drzew można już spokojnie pobierać oskołę.
Co nie podoba się naszym sąsiadom w brzozach?
Brudzą. Na wiosnę produkują mnóstwo pyłku, jesienią zrzucają liście a przez cały rok rozsiewają dookoła połamane gałązki. Są wysokie. Zacieniają nie tylko nasz ogród, ale i sąsiednią działkę. Gałęzie przewieszają się nad jednym z podjazdów obok (państwo przycinają takie gałęzie, po czym wnoszą je do nas do ogrodu- oczywiście jedno i drugie w ramach niespodzianki).
Te argumenty nie są bezpodstawne- jeśli zastanawiacie się, czy posadzić brzozę brodawkowatą, musicie wziąć pod uwagę jej znaczne rozmiary i mało uporządkowany charakter. Kompromisem może być jakiś mniejszy gatunek- u moich rodziców rośnie piękna, przewieszająca się brzoza, mająca pień wysokości około 1,5 metra. Poza okazjonalnym przycięciem gałązek leżących na ziemi i jesiennym usuwaniem liści, nie stwarza porządkowych problemów. A jej soczyście zielona korona wygląda bardzo atrakcyjnie, na tle zarośniętego bluszczem muru.
A dlaczego ja będę bronić naszych brzóz rękami i nogami?
Po pierwsze dlatego, że ich wycięcie przypomina mi pomysł niektórych, na wycięcie drzew przy na drogach, bo jeżdżący zbyt szybko kierowcy na nie wpadają. Takie rozumowanie typu "nie widać moich misternie udrapowanych firanek w sypialni- wytnę kilkudziesięcioletnie drzewo rosnące za oknem". "Mam w ogrodzie lipę, ale wszyscy teraz sadzą tuje- jaki to problem?" To bardzo aroganckie podejście do przyrody. Nie mówiąc już o tym, że zamiast korony produkującej wielkie ilości tlenu, zostaje wsadzone maleństwo, któremu lata zajmie dorośnięcie do równie produktywnych rozmiarów. No i koniec końców- od pewnego wieku i rozmiarów wycięcie drzewa jest po prostu niezgodne z prawem.
Nasze brzozy i ich smukłe, białe pnie to ważny element dekoracyjny naszego ogrodu- tworzą wydzieloną strefę "leśną", którą stopniowo uzupełniamy o różne elementy poszycia. Tutaj niestety ujawnia się kolejna wada tych drzew- mają płytki system korzeniowy i jest pod nimi bardzo sucho. Dlatego większość roślin posadzonych w pobliżu brzóz musimy regularnie podlewać.
Lasek to też miejsce relaksu- na pniach zawiązaliśmy linę i powiesiliśmy haki, na których latem zawieszamy hamak. Jest to osłonięte miejsce, z szumem liści i śpiewem ptaków siedzących gdzieś na gałązkach. W upalne dni nawet nasi niezadowoleni sąsiedzi przynoszą krzesła ze swojej patelni na tarasie, w cień naszych brzóz.
Bałaganiarstwo brzóz też może mieć swoje dobre strony- liście brzozowe rozkładają się bardzo szybko i stanowią dobry składnik kompostu, lub po prostu naturalny nawóz.
Jest też oskoła, o której zdrowotnych właściwościach już pisałam. Wystarczy poczekać, aż drzewo będzie odpowiednio duże i ładnie poprosić je o kilka kropel drogocennego soku.
Ostatnim moim argumentem jest magia:-) Od wieków brzozy są symbolem życia i energii. Moja koleżanka z pracy, Dorota uwielbiała się do nich po prostu przytulać. Twierdziła, wystarczy przyłożyć czoło do ich białego pnia, żeby zaczerpnąć życiodajnej mocy. Zawsze brzozy będą mi ją przypominać.
I nikt nie namówi mnie na zrobienie z nich takich pokrak, jak wspomniane cudo sąsiada, albo mijany po drodze do pracy brzozowy "żywopłot" (przycinany co roku na wiosnę, kiedy brzozy puszczają soki; aż boli patrzeć na te "płaczące" gałęzie).
 
Może nasz ogród nie jest jeszcze piękny, ale chcemy sami decydować co w nim będzie. Jesteśmy świadomi, że mamy sąsiadów- nie sadzimy roślin, które mogą im przeszkadzać, nie wrzucamy śmieci przez płot. Powoli robimy swoje, a efekty podziwiam jak zwykle- z aparatem w ręku.
Młode pędy długosza i piwonii wywołały u mnie okrzyki zachwytu.
Rabarbar niedługo osiągnie gotowość zbiorczą.
Niespodzianki- kwiaty forsycji na naszym mini-krzaku i ukryte w trawie tulipany.
Zapowiedź kwiatów czarnego bzu i porzeczki.

Pigwowce zaczęły show.
Kwitnąca rabata pod akacjami.

Brzoskwinia zaczyna robić szum swoimi pięknymi, różowymi kwiatami.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz