niedziela, 4 grudnia 2016

Dieta okruszkowa

Dzień jak każdy inny. Wstajemy, otrząsamy się z poranka, godzinami siłujemy się z pracą i już stoimy w korku do domu. Potem coś do jedzenia, chwila na spacer z psem / podrapanie kota za uchem i upragniony wieczór. Jeszcze resztką sił mościmy się przed ekranem i chłoniemy swoją dzienną dawkę mądrości. Każde pokolenie ze swojego źródła- dla jednych M jak miłość sprawdza się równie dobrze, jak dla innych House of Cards. Ja też mam swoich dilerów. I chciałabym się z Wami podzielić tym, czego mnie jeden z nich ostatnio nauczył. Ale żeby nie paplać na sucho, pogadajmy sobie nad jabłkowymi muffinami ze słonym, karmelowym wnętrzem. Wpadniecie?

poniedziałek, 21 listopada 2016

Nie będzie słodko, czyli Torta Rustica

Ogry mają warstwy. Jak cebula i kremówka. I jak tort. W Shreku to porównanie miało zobrazować, że nie wszystko jest takie jak się wydaje. Pod zieloną, grubą i szorstką skórą ogra, może się kryć dobre serce. A pod nazwą tort, bardzo sycące, wytrawne danie. Nie wierzycie? To odkryjcie wraz z nami włoski Torta Rustica.

środa, 26 października 2016

Grzybobranie

Krótka historia o tym jak poszliśmy na grzyby:
Niedziela, wsiadamy do Rołcza z zamiarem ostatnich przedwyjazdowych zakupów. I pada To Pytanie.
"Ej, a co na obiad?"
"A nie wiem, ale może pójdziemy do ogródka zobaczyć czy nam ten grzyb co ostatnio był mały wyrósł?"
Wysiedliśmy z samochodu i po dziesięciu minutach wróciliśmy do domu z dwoma i pół kilogramami podgrzybków i jednym zagubionym borowikiem. Wszystko spod naszych brzóz. Oj nie miała racji nasza sąsiadka krzycząc do nas, że ona w lesie nie mieszka;-) 
I w ten oto sposób niespodziewanie trafiły się nam  własne plony. Można gotować i blogować!

niedziela, 23 października 2016

Czyżby jeżyny?

Jak co roku rozpoczął się jeżynowy wyścig z czasem- nasza 'leśna' jeżyna dzielnie walczy z coraz krótszymi dniami i zimniejszymi porankami. Trochę jak my, przez cały dzień ścigając się ze wskazówkami zegara. Niestety ani determinacja naszej jeżyny, ani nasze niechętne szuranie stopami rano, nie przegonią coraz bardziej zadomowionej jesieni. Ona jak co roku nic sobie nie robi z marzeń o wiecznym lecie. Po prostu wprasza się, siada przy grzejniku i zaczyna suszyć przemoczone stopy. I zanim się człowiek nie obejrzy, już siedzi razem z nią, z kubkiem gorącej herbaty w jednej ręce i talerzykiem pysznego ciasta w drugiej. I prowadzi mgliste rozmowy o życiu.
A skoro i tak od tego nie uciekniemy, to może przynajmniej zaprośmy do towarzystwa jeżyny. I tak wszyscy razem celebrujmy zmierzch.

niedziela, 9 października 2016

Ogród z widokiem na Krzywą Wieżę

Nie będzie to bardzo długi post, bo i nasza wizyta w Pizie nie była wyjątkowo długa. Podczas naszych włoskich wakacji mieszkaliśmy bardzo blisko- wystarczyła krótka wycieczka samochodem, odrobina szczęścia w poszukiwaniu parkingu i już mogliśmy zlać się z tłumami azjatyckich (głównie) turystów podążających na Plac Cudów. Ale myślę, że nie zdziwicie się, kiedy napiszę, że naszym celem wcale nie było podtrzymywanie wieży. Jak to my, znaleźliśmy ogród z bardzo ciekawą historią i tam ukryliśmy się przed wszędobylskimi selfie stickami.

poniedziałek, 19 września 2016

"Sosik mega"

Niektórych ludzi nazywamy "swoimi." Skąd ich mamy? Sami się znajdują. Jak pan w pobliskiej Żabce, który na widok puree ziemniaczanego (cicho, chwila słabości!) w naszym koszyku skomentował "o dobre! ja to tak lubię sobie zrobić i z zimną maślaneczką zjeść!" Albo pani, która widząc w naszych rękach smażonkę z owoców morza, zrobiła rączki podżeraptora* i podekscytowanym głosem spytała, gdzie ją kupiliśmy. 
"Swoim" ludziom ufamy prawie bezgranicznie. Bo oni wiedzą co to jest kulinarne dobro. Wierzymy nawet, kiedy piszą, żeby wlać pół szklanki octu (bue) do sosu. 
I my też jesteśmy "swoi". Zaufajcie nam, a w nagrodę zjecie niesamowicie pyszny sos.
*te takie krótkie łapki, które robią się automatycznie, kiedy człowiek zaczyna szukać jedzenia; nie wierzycie? następnym razem jak wieczorna gastra zagna Was pod drzwi lodówki, zwróćcie uwagę na ułożenie ciała, zaskakująco podobne do dinozaura- łokcie blisko tułowia, lekkie przygarbienie, głowa na przód, dłonie złączone na klatce piersiowej- czasem wręcz pocierają się ze zniecierpliwienia- i witamy w gronie podżeraptorów:-)

środa, 31 sierpnia 2016

Perskie ciasto miłości

W ostatnie dni sierpnia, nawet jeśli nie mam urlopu, zegarki zdają się tykać głośniej. Dni stają się wyczuwalnie krótsze, za zakrętem czai się już jesień, a na dzieciaki nieubłaganie czeka szkoła. Po letnim lenistwie, cały świat zdaje się wracać do rzeczywistości. Ta schyłkowość wcale nie jest zła, czasem lubię się jej po prostu poddać, szczególnie jeśli, jak w te wakacje, udało mi się porządnie zrelaksować. Może nie były to najbardziej epickie miesiące mojego życia- w życiu, ogrodzie nawet podróżach był raczej zastój, ale udało mi się nabrać dystansu i naładować baterie. Celebrować wolne chwile. A jak celebrować jeśli nie z dobrym ciastem? Szczególnie takim, które nazwane jest perskim ciastem miłości. Orientalne rozkosze podniebienia gwarantowane!

czwartek, 25 sierpnia 2016

Co tam u nas kwitnie?

To może krótki wizualny post o tym, co nam zakwitło? Niestety nie będą to zwyczajowe miliony kwiatów cukinii, ale i tak coś się znajdzie. A na koniec może nawet jakiś owoc wypączkowany pokażę? Jeśli tylko zdjęcia wyszły, bo robiłam je o zbyt już wczesnym zmierzchu. Kiedy to znów dzień zaczął się skracać? (tylko mnie tu nie wyskakujcie z datami, wiem kiedy, retorycznie pytam, żeby dać wyraz swojemu niezadowoleniu z powodu kończenia się lata :-P). Zapraszam!

środa, 3 sierpnia 2016

Pożegnanie z Como

Rok. Tyle zajęło mi mierzenie się z tematem jeziora Como. Kwestia zeszłorocznych wakacji wciąż pozostaje otwarta, bo zostało mi parę ogrodowo ciekawych i inspirujących miejsc, którymi chciałabym się podzielić. Kulinarnie też jakiś post można by ukręcić. No to do roboty.
Skoro te wakacje to jedna wielka walka z rzeczywistością, wspomnijmy poprzednie, kiedy wszystko szło jak po klarowanym maśle. Dziś na warsztat biorę ostatnie popołudnie nad jeziorem i wizytę w tajemniczym zamku oraz w bardzo klimatycznym ogrodzie. Zapraszam do czytania! :-)

wtorek, 2 sierpnia 2016

Niby mały szwedzki torcik...

Do tej pory letnie posty obfitowały w przepisy na cukinię w milionach wersji, zajadaliśmy własne pomidorki, zdarzył się i okazjonalny ogórek. I jeszcze trochę cukinii, albo kabaczka, albo innego patisona. Ten rok, jak i pewnie następny, niestety nie zaspokoją naszego apetytu na kwiaty cukinii w cieście czy pomidorki koktajlowe prosto z krzaczka. Wszystko zawisło w oczekiwaniu na nowe, a my za to możemy korzystać z bogactwa owoców- bo krzewy i drzewa tkwią na posterunku. To tłumaczy dlaczego kolejny wpis, który dla Was mam jest (ZNÓW) o cieście. Ale jak mawiał komik Dylan Moran, "Cake is the language of love." To porozmawiajmy trochę w języku miłości. Dziś z akcentem szwedzkim. A już niedługo, perskim- bo przepis na perskie ciasto miłości wciąż czeka na chwilę weny. Zacznijmy powściągliwie- jak Szwedzi.

piątek, 22 lipca 2016

I znów Como...:-)

Ostatni nasz dzień nad tym pięknym jeziorem zaplanowaliśmy bardzo ambitnie. Plan udało się nam zrealizować prawie w pełni, dlatego postanowiłam post o zwiedzonych przez nas ogrodach podzielić na dwie części. Dziś podzielę się z Wami pierwszą- spędzimy nad jeziorem wczesny poranek i przedpołudnie zwiedzając zjawiskowe opactwo w Pionie i ogród przy willi Melzi, która moim zdaniem może się poszczycić jednymi z najpiękniejszych widoków nad jeziorem Como. 
A jeśli wpis nie wystarczy, żeby zachęcić Was do rzucenia wszystkiego i zabrania się w te rejony, to niech ostatecznym argumentem będzie John Legend, który w tych właśnie okolicach spędza tegoroczne wakacje. Może to nie Clooney, ale ten anielski głos...

czwartek, 21 lipca 2016

A może by tak coś wydestylować?

Opowiem Wam o pewnym paradoksie.
Z jednej strony nagminnie brakuje mi czasu. Winię za to złą organizację (czy też kompletny jej brak), tendencję do uznawania za priorytet absolutnie WSZYSTKIEGO i dużo zajęć. Z drugiej za to mam słabość do tworzenia rzeczy, nad którymi trzeba pochylić z uwagą na dłuższą chwilę. Cały ten proces skrupulatnej dłubaniny sprawia mi ogromną satysfakcję. Nie inaczej jest w kuchni. Owszem, nie umniejszam zasług szybkiego makaronu, który po pracy ratuje życie. Ale o ile większą frajdę mam mieszając pół dnia risotto. Albo czekając, aż skropli się woda różana.
I to o tej ostatniej napiszę dziś parę zdań. Jeśli ciekawi Was jak zrobić ją w domu- a warto, o czym spróbuję przekonać- zapraszam do czytania:-)

wtorek, 12 lipca 2016

Szpinakowe ciasto i śródmiejskie sentymenty

.
Wrocławskie Śródmieście to stan umysłu. To przyszło mi do głowy, kiedy przemykałam po kocich łbach w poszukiwaniu dawki cukru, która miała mi pozwolić przetrwać kolejne spotkanie. Ponieważ pierwsze lata życia spędziłam w tej dzielnicy, ciężko mi o obiektywne spojrzenie. Ale może właśnie o to chodzi- żeby pokazać Wam co w moich oczach jest takiego czarującego pomiędzy tymi obdrapanymi kamienicami i zatęchłymi bramami? I żeby namówić Was na ciasto, które zaserwowali mi w śródmiejskiej kawiarni?

czwartek, 30 czerwca 2016

Klasyka smakuje truskawą

.
Muszę się do czegoś przyznać. Jako dziecko uważałam, że ciasto bez kremu to nie jest ciasto. Babki, drożdżowce, ucierane- jadłam, bo w końcu słodkie, ale najgłębszą miłością pałałam do tych warstwowych, przekładanych puszystym dobrem. Nie wiem skąd mi się to wzięło i z pewnością mi już przeszło, ale sentyment pozostał. I dziś mam dla Was właśnie przepis na ciasto właściwe- przynajmniej według mojej definicji sprzed lat. I przepis też jest sprzed lat- z poplamionego zeszytu mojej mamy, który musiałam odkopać zanim wzięłam się do roboty. To jak, wybierzecie się ze mną na małą podróż w czasie?

piątek, 17 czerwca 2016

Migawki znad Como

.
Powoli zaczyna mnie nosić. Różnie to nazywają. Włącza mi się Jaś Wędrowniczek (żeby nie reklamować wysoko procentowych alkoholi...), globtroter, wanderlust. Jak zwał tak zwał. Potrzebuję odświeżenia umysłu. Chcę nasycić oczy nowymi widokami, krajobrazami. Poczuć nowe zapachy, usłyszeć inne dźwięki. Tak już mam, że od czasu do czasu potrzebuję mentalnego resetu. Tak żeby znów móc spojrzeć na codzienność bez znużenia, żeby znów zacząć zauważać to co już mi spowszedniało. Miała rację Agnieszka Osiecka z tym wsiadaniem do byle jakiego pociągu. Może być nawet do sąsiedniej gminy. 
Ale na razie opcji "kamyk zielony w kieszeń i jazda" nie przewidziano w rozpisce życia. W porządku, niech będzie. Zawsze można wrócić nad Como. Wspominanie o nim już raz mnie poratowało. Czas sprawdzić, czy to wciąż działa. Tym razem zapraszam na spacer śladami Anakina Skywalkera.

sobota, 28 maja 2016

Lecz pamiętaj naprawdę nie dzieje się nic

.
Znacie? Ja za dzieciaka uwielbiałam tą piosenkę Turnaua i do dziś mam do niej wielki sentyment. Jako szczenię z umorusaną gębą (średnio przez sto procent czasu) zachwycałam się melodią, tym fleto-klarneto-podobnym intro i głosem wokalisty. Dziś, jako osobnik wyższy i o czystszym licu (nooo, uogólniam) częściej dumam nad tekstem. Bo kiedy na chwilę przestaję panikować i układać fatalistyczne scenariusze na przyszłość, nachodzi mnie czasem refleksja nad życiem. I dochodzę do wniosku, że to że "nie dzieję się nic" to element większego jakiegoś planu. Nie tylko na moje życie, ale na świat.

niedziela, 15 maja 2016

Słowiański karku czuje miętę


.
Znacie słowiańskiego karka? Bo ja nie jestem taka pewna. Kiedy zastanawiałam się nad tą kwestią, trudno mi było wyprowadzić jakąś spójną definicję Ale przypomniała mi się anegdota, którą kiedyś przewiało przez internet, o takim właśnie osobniku, który w zatłoczonym autobusie ustąpił miejsca starszej pani, z uroczym "niech se babcia pier..." na ustach. I przy tym zostanę- czyli niby wielki, niby groźny, ale babcię szanuje. To może miętę też może poczuć?

poniedziałek, 2 maja 2016

Rasowa drożdżówa

.
Tak dokładnie powiedziała mama, kiedy zawołałam ją, żeby powąchała świeżo wyciągnięte z piekarnika ciasto. Pachnące rabarbarem, wanilią i cynamonem przykryłam wczoraj czystą ściereczką i bez skrupułów zjadłam dziś na po-śniadanie. I przed-obiad. I podwieczorek. To totalny klasyk- puszyste i wilgotne, nie za słodkie, rozsypujące dookoła okruchy kruszonki. Jeśli macie ochotę na rabarbarową tradycję, to zapraszam do dalszego czytania.

środa, 20 kwietnia 2016

Wiosna idzie, nie ma całowania!

.
A właściwie w naszym przypadku można powiedzieć, że nie ma niczego. Nie ma samochodu. Nie ma czasu. Nie ma postępów. Nie ma spokoju. I całowania. Całowania też nie ma. I koniec. Bo jak, skoro zaczął się sezon na czosnek niedźwiedzi?

niedziela, 10 kwietnia 2016

Ostatnia taka rozgrzewka przed wiosną

.
Mam przepis idealny na tą pogodę. I chociaż danie może bardziej kojarzyć się z mglistymi, listopadowymi wieczorami, moim zdaniem właśnie w ten weekend był jego czas. Skoro pogoda jest taka, że półgodzinny wypad do ogrodu przypłaciłam przemoczonymi butami, to jak najbardziej na miejscu jest rozgrzewająca zupa. Na, miejmy nadzieję, już ostatni taki lodowaty weekend.

poniedziałek, 28 marca 2016

Ogród, kolorowanki i łączenie kropek

.
I jeszcze parę rzeczy. Czytanie książek. Oglądanie sitcomu o spłukanych dziewczynach. Powtarzanie włoskich słówek. Pieczenie, względnie gotowanie. Granie w post-apokalipsę. Gdyby nie one, pisałabym do Was zza krat jakiegoś więzienia o zaostrzonym rygorze, po zamordowaniu całkiem konkretnej liczby osób. I choć podczas rozprawy, nawet sędzia przyznałby, że mnie rozumie, to wciąż mój czyn byłby zdecydowanie niezgodny z prawem. A przecież miałam pozbyć się negatywnego podejścia. Tak. I cały czas nad tym pracuję, ale warunki mam poważnie utrudnione. I poza kolekcją wspomnianą wcześniej, oraz poza konQbkiem, który przytuli, kiedy już nic innego nie pomoże, wszystko inne spycha mnie coraz bardziej w stronę niekontrolowanego wybuchu. A jak zacznę się drzeć, to to będzie trwało... Dlatego dziś, zanim kapituła przyzna mi Pokojowego Nobla, napiszę posta o tym co się dzieje w tym naszym uspokajającym ogrodzie.

środa, 16 marca 2016

Sernik z mirabelkowym musem

.
Potrzebuję wstępu do tego wpisu. Ale jak nawiązać sernikiem do życia? Może tak- to przepis zdobyty w pracy, a mirabelkowy detal jest prosto z naszego ogrodu. Czyli wypadkowa dwóch istotnych sił w moim życiu. Nawet zgrabnie to wyszło. I sernik też jest zgrabny- odpowiednio wilgotny, mocno waniliowy i dobrze przełamany kwaśnymi powidłami. Było z nim trochę stresu i rytualnych tańców błagalnych przed szybką piekarnika, ale na szczęście jest wpadko-odporny. W końcu mam niezawodny przepis na to ciasto- będzie dobra baza do dodawania owoców z ogrodu.

wtorek, 1 marca 2016

Genialna tarta z brukselką (i syropem klonowym...)

.
Nasz ogród pogrążony jest w pozornej stagnacji. Jest szaro, buro i nic się nie dzieje. Pozornie. Bo jak przyjrzeć się z bliska, to widać małe zielonkawe knypki, które wyglądają z ziemi i z gałązek- i tylko czekają, żeby przekształcić się w coś konkretniejszego. W krokusa, listek albo innego tulipana. My też jesteśmy w podobnym stanie- nicnierobienia, a jednak nabierania rozpędu. I mamy nadzieję, że wykluje się z tego całkiem duży konkret.
Ale jest jedna roślina w ogrodzie, która wbrew trendom tyra. Od jesieni puchnie małe kapustki, które w końcu teraz osiągnęły takie rozmiary, że był sens je zebrać. Tylko co zrobić z brukselki, za którą od zawsze nie przepadam? Coś się wymyśliło. I zrobiło. I zjadło ze smakiem. Niniejszym zapraszam wszystkich na brukselkę w doborowym towarzystwie boczku i syropu klonowego. Gwarantuję, że przekona nawet sceptyków.

wtorek, 9 lutego 2016

Ekspresowo o chałce bez naszych składników

Marta z tulipanowca poprosiła mnie o przesłanie przepisu na chałkę, którą upiekłam dziś rano. Pomyślałam sobie, że nie chce mi się dziubdziać wiadomości w fejsbukowym okienku. Na blogu będzie wygodniej a może i ktoś jeszcze skorzysta? No to szybciorem, bo późno a jutro prawie dwanaście godzin pracy czeka.

wtorek, 2 lutego 2016

Ucieczka nad Jezioro Como



Chcielibyście czasem przenieść się w świat powieści napisanej przez Waszego ulubionego autora? Spotkać te wszystkie wampiry, tych Szkotów, milionerów z ekscytującymi zwyczajami czy białowłosych mutantów? Ja mam kilka takich książek, które chciałabym przeżyć w technikolorze i 3D. Ale jak to bywa w życiu, rzeczywistość sama wybrała tę, która stała się ostatnio tematem przewodnim mojego życia. Chcecie wiedzieć którą? Jeśli tak, to zapraszam do czytania- szczególnie, że dla odreagowania mam dla Was trochę cudownych, włoskich widoków.

sobota, 23 stycznia 2016

Yet another poplon story

Rzecz wielce niepokojąca. Chociaż według psychologów pewnie całkiem przewidywalna. Kiedyś słyszałam, że jeśli człowiek radzi sobie w trudnej sytuacji, to odczuwa ogromną satysfakcję, od której można się czasem uzależnić. A ja ostatnio jestem tak obrzydliwie wydajna, tak śmierdząco zorganizowana, pomimo zmęczenia i niemożliwego wręcz nawału obowiązków, że zaczęłam nawet w tym odnajdować jakąś perwersyjną przyjemność. Że ja nie dam rady?! To patrzcie! Jak ładnie odhaczam moje kilometrowe listy! Nawet ciasto upiekę! I co z tego, że bez melisy nie ma spania. Ważne, że norma wyrobiona w dwustu procentach. Może mi po prostu grzeje z przepracowania, nie wiem. Ale skoro taka jestem wydajna to napiszę posta. O glebie. Bo bardzo wydajnie wysialiśmy wczesną jesienią na naszych grządkach poplon. Który na dodatek, jakże wydajnie, bardzo ładnie wygląda po deszczu. Dekoracyjność i użyźnianie. Też dwieście procent;-)

czwartek, 7 stycznia 2016

Gwoli wyjaśnienia

Gwoli wyjaśnienia zaiste ambaras. Czy może powinnam bardziej na czasie stwierdzić "sorry, damyt". Jakby tego nie ująć- na blogu, jak i w paru innych sferach życia, klapło. Spieszę ze staropolskim "sory", wyjaśnieniem, że "ejołkej" i zapewnieniem, że "albibak". Tylko nie wiem kiedy i jak bardzo. Bo powroty do normalności wcale takie łatwe nie są. Ale po kolei.