środa, 3 sierpnia 2016

Pożegnanie z Como

Rok. Tyle zajęło mi mierzenie się z tematem jeziora Como. Kwestia zeszłorocznych wakacji wciąż pozostaje otwarta, bo zostało mi parę ogrodowo ciekawych i inspirujących miejsc, którymi chciałabym się podzielić. Kulinarnie też jakiś post można by ukręcić. No to do roboty.
Skoro te wakacje to jedna wielka walka z rzeczywistością, wspomnijmy poprzednie, kiedy wszystko szło jak po klarowanym maśle. Dziś na warsztat biorę ostatnie popołudnie nad jeziorem i wizytę w tajemniczym zamku oraz w bardzo klimatycznym ogrodzie. Zapraszam do czytania! :-)
Dzisiejszy wpis będzie się obracał wokół miejscowości Varenna. Dojechaliśmy tam samochodem. Po chwilach grozy na zawieszonej nad urwiskiem drodze, gdzie wydawało się nam, że zostawimy Rołcza, grzecznie zaparkowaliśmy na piętrowym parkingu przy Willi Monastero. Rano są pewnie jeszcze wolne miejsca wzdłuż głównej drogi, po południu nie ma co szukać- ten płatny parking to najlepsze rozwiązanie.
Jak się okazało droga do zamku Vezio nie była łatwa. Na stronie jest napisane, że to krótka, ale stroma trasa. W sierpniowym słońcu, po ostrym zboczu, wśród nie dających cienia oliwek- z pewnością to było dłużej niż obiecane przez właścicieli 15 minut. Dlaczego się tak katowaliśmy? Bo wyczytałam, że w zamku można zobaczyć pokaz sokolników. No i piękne panoramy jeziora- ale to nad Como akurat nie jest czymś wyjątkowym.
W stareńkiej mieścinie na szczycie zbocza wszystko jest zrobione z tego szarego kamienia. A najpiękniejsza ta fontanna, z wodą pitną. Po spacerze w słońcu to dopiero był rarytas! (a ta hortensja....)
Warto było się tak spocić? O tak! Po pierwsze- niesamowite widoki (wdrapanie się tak wysoko ma swoje plusy). 
Gaj oliwny, stara wieża i wody Como. Cicho, pięknie, sielankowo.
Po drugie sokolnicy i ptaki- celowaliśmy w porę karmienia (na stronie są zawsze aktualne informacje), kiedy ptaki śmigają wśród zachwyconych zwiedzających. Wprawdzie komentarz był jedynie po włosku, ale sam widok majestatycznego sokoła, krążącego nad epickim krajobrazem jeziora, urywał głowę. Świetna okazja do zrobienia fantastycznych zdjęć.
Musiało być zdjęcie sowy- konQbek ma do nich wielką słabość. Niestety moje zdjęcia ptaków są bardzo statyczne- ale migawki innych trzaskały jak szalone, kiedy sokolnik zaczął pokaz.
A po trzecie dziwne "rzeźby". Z tego co udało mi się dowiedzieć powstają one przy pomocy zwiedzających. Podobno można dać się owinąć tkaniną nasączoną czymś w rodzaju zaprawy czy wapna. Kiedy to zastygnie turysta jest usuwany (he he), a figura pozostaje, dopóki nie zostanie zniszczona przez deszcze. Niestety nie mogę odnaleźć dokładnych informacji ani na temat tego wydarzenia ani na temat rzeźb (na tej stronie jest wspomniane, że robią je latem i wiosną). Tak czy inaczej figury są fascynujące- jak zjawy, snujące się po ruinach zamku.
Z góry zeszliśmy prawie prosto w bramę ogrodu willi Monastero. Jak to my, skupiliśmy się za zwiedzaniu ogrodu, ale chętni mogą też zwiedzić samą, podobno bardzo luksusową, willę, w której mieści się muzeum.
Otaczający ją park to właściwie wiele tarasów, połączonych schodami i wąskimi ścieżkami. Może nie jest do końca przyjazny do zwiedzania, szczególnie jeśli na głównej alejce właśnie trwa weselna sesja zdjęciowa jakiejś wielkiej rodziny szkockich arystokratów (kilty były, bielizna pod nimi- nie sprawdzałam;-)), ale z pewnością wart zobaczenia. 

To bogactwo rzeźb, fontann, małych świątyń dumania i ławeczek, aż proszących o to, żeby na nich przysiąść i westchnąć z zachwytem. 
Fontanna po lewej jest bardziej imponująca, ale to ta po prawej była moja ulubiona. Zarośnięta, mało reprezentacyjna, ciurlała najpiękniej na świecie.
Ogród jest bardzo klasyczny, ale nie przycięty "pod linijkę". Inny niż wszystkie widziane przez nas wcześniej, bardzo wąski, długi i stromy. Spodobał nam się.
Po tych wszystkich stromiznach, nie mieliśmy już ochoty na nic więcej. W planach była wizyta przy wodospadzie, ale odpuściliśmy, kupiliśmy coś do jedzenia i wróciliśmy na naszą kempingową plażę, zrelaksować się pływając w wodach zatoki Piona. Taki był nasz pożegnalny wieczór. Tymczasem już sobie ostrzył na nas zęby przerażający kierowców Mediolan, a w naszym toskańskim pensjonacie czekał przytulny pokój. Ale o tym już w następnym odcinku :-)
Do widzenia Como! Bo mam wielką nadzieję, że jeszcze kiedyś się zobaczymy:-)

6 komentarzy:

  1. piękne widoki :) chciałoby się tam być i na własnej skórze poczuć ten cudowny klimat :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I tak już go czuć cały czas:-) To rzeczywiście niezwykłe miejsce:-)
      Pozdrowienia!

      Usuń
  2. Jak tam pięknie! Raj dosłownie!!!
    pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Cudowne miejsce i cudowne zdjęcia! Miło obejrzeć coś takiego w pochmurny dzień, jak dzisiaj - dzięki :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. :-) Dzięki! Sama wracam do zdjęć z tego wyjazdu, jak przestaje mi się podobać to co za oknem:-)

      Usuń