poniedziałek, 19 września 2016

"Sosik mega"

Niektórych ludzi nazywamy "swoimi." Skąd ich mamy? Sami się znajdują. Jak pan w pobliskiej Żabce, który na widok puree ziemniaczanego (cicho, chwila słabości!) w naszym koszyku skomentował "o dobre! ja to tak lubię sobie zrobić i z zimną maślaneczką zjeść!" Albo pani, która widząc w naszych rękach smażonkę z owoców morza, zrobiła rączki podżeraptora* i podekscytowanym głosem spytała, gdzie ją kupiliśmy. 
"Swoim" ludziom ufamy prawie bezgranicznie. Bo oni wiedzą co to jest kulinarne dobro. Wierzymy nawet, kiedy piszą, żeby wlać pół szklanki octu (bue) do sosu. 
I my też jesteśmy "swoi". Zaufajcie nam, a w nagrodę zjecie niesamowicie pyszny sos.
*te takie krótkie łapki, które robią się automatycznie, kiedy człowiek zaczyna szukać jedzenia; nie wierzycie? następnym razem jak wieczorna gastra zagna Was pod drzwi lodówki, zwróćcie uwagę na ułożenie ciała, zaskakująco podobne do dinozaura- łokcie blisko tułowia, lekkie przygarbienie, głowa na przód, dłonie złączone na klatce piersiowej- czasem wręcz pocierają się ze zniecierpliwienia- i witamy w gronie podżeraptorów:-)
Wiadomość szła tak: "cześć Magda...podam Ci sosik mega..patrz teraz:(...) ....palce lizać ..wierz mi." Napisała Ciocia, z którą udało mi się wznowić kontakt, trochę dzięki temu blogowi, bo wiem, że tu zagląda, komentuje i testuje niektóre przepisy. Ciocia jest zdecydowanie "swoja", dlatego właśnie nie wystraszyłam się wcześniej wspomnianej pół szklanki octu. Bo jak ona mówi, że dobre to dobre i tyle. Minęło trochę czasu, zanim znalazłam moment i wenę, żeby za ten sos się wziąć. Radzę Wam nie popełniać tego błędu;-)
Do wykonania sosu nie użyłam naszej papryki. Nawet kiedy eksperymentowaliśmy z własną szklarnią, nie mogliśmy się pochwalić półtora kilogramowym zbiorem. Za to liść laurowy jest prosto z naszej uprawy. Kupiony jako taniuchne maleństwo od pani na Psim Polu, rośnie już drugi rok. Zimę spędziło w chłodnym "oknie kwiatowym" mojej mamy. Jest tam jasno i chłodno, bo wysunięta rama okienna jest oddzielona od reszty domu przesuwaną szybą. To idealne miejsce dla niezimujących w naszym klimacie roślin. 

PAPRYKOWY SOSIK MEGA

 
1,5kg czerwonej papryki
1-2 papryczki chili
125g cukru (w sezonie, kiedy papryka jest dojrzała i słodka, można zmniejszyć ilość cukru do 100g)
3 łyżeczki soli
250ml oleju

1 główka (duża) czosnku
300g przecieru pomidorowego (koncentrat)
3-4 listki laurowe (nasze!)
1/2 szklanki octu (użyłam z czerwonego wina, bo taki miałam w szafce)


Paprykę czerwoną i chili myjemy, kroimy, usuwamy pestki i mielimy w maszynce do mięsa, lub rozdrabniamy mikserem (ja to zrobiłam porcjami w 'żyrafie'). Paprykowe purée wrzucamy do dużego rondla, dodajemy cukier, sól i olej, mieszamy i gotujemy około 15 minut. W międzyczasie obieramy czosnek i wyciskamy wszystkie ząbki przez praskę. Ostatnio wyczytałam, że żeby czosnek osiągnął maksimum swoich magiczno-zdrowotnych właściwości należy go zgnieść 10 minut przed użyciem. Podobno wtedy wszystkie zdrowe związki chemiczne mają czas się połączyć. Warto spróbować, prawda?
Do gotującego się sosu wrzucamy przecier pomidorowy, rozdrobniony czosnek, liście laurowe i dolewamy ocet. Gotujemy jeszcze 30 minut na średnim ogniu, co jakiś czas mieszając. Sos trochę się zredukuje, nabierze kremowej konsystencji i będzie pachniał. Oj, jak on będzie pachniał! 
Oczywiście można zrobić mniejszą porcję sosu, ale... Po pierwsze jak to przyniósł konQbek ze swojej dawnej barmańskiej fuchy- "nie nalewam małych piw, bo się brzydzę!" Czyli dań z dodatkiem malizny u nas się nie preferuje. Po drugie, przy tej ilości, część sosu może się leciutko przyczepić do ścianek rondla i mocniej przygrzać- przy małej ilości sosu przypaliłby się pewnie cały. A przy dużej zdrapane łyżką drobiny nadają niezwykłej głębi smaku. Ogólnie rzecz biorąc, ten sos smakuje jak taki robiony godzinami w wielkim garze- a jak widzicie na przyrządzenie wystarczy tylko 45 minut.
A co z nim zrobić? Poza tym, że wszystko, to na przykład gołąbki- i u nas takie było jego pierwotne przeznaczenie. Poza tym moja mama, która jest fanką ajwaru, sos wciągnęła jako dodatek do kanapki. My następnego dnia zrobiliśmy z nim genialnego kurczaka- piersi, pokrojone na mniejsze kotleciki, lekko posolone i popieprzone oraz świeżego ananasa pokrojonego w kawałki krótko ugrillowaliśmy na patelni z dodatkiem małej ilości oleju. Potem to wszystko wylądowało w naczyniu do zapiekania- kurczak na dno, potem kawałki ananasa. Na to sos paprykowy właśnie i starty ser (łagodna gouda i ostrzejszy pecorino). Do piekarnika na 200*C, aż ser zbrązowieje i można jeść. Powiem tyle- ślinę przełykam jak to piszę.
I została nam jeszcze butelka. Co z nią zrobimy? Jeszcze nie wiem. Ale z pewnością dam znać jak coś wymyślimy. A może już wiecie do czego można go dodać? Powiecie?

6 komentarzy:

  1. i znowu ślinotok.... ;) jak Ty coś opiszesz i dodasz foty, to człowiek od razu ma ochotę biec do sklepu ( lub ogrodu - jak ktoś ma ;)) po składniki i upichcić, to co przed chwilą zobaczył :)))))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czerwienię się co najmniej w odcień tego sosu, tyle komplementów :-) Dzięki! Jeśli pobiegniesz i upichcisz, daj znać jak smakowało! Buziole!

      Usuń
  2. Moja droga, czy za każdym razem, gdy do Ciebie zaglądam muszę robić się głodna?:):):)
    Sos wygląda bosko!
    pozdrawiam cieplutko:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. :-D E tam, czasem jest o kwiatkach ;-) Ale cieszę się, że zdjęcia działają :-)
      Pozdrowienia!

      Usuń
  3. Rzeczywiście wygląda mega :) równie dobrze jak smakuje..dzięki Magda..już Ty wiesz za co..
    P.S. do serów wszelkich,do wędlin, do jajek usadzonych na patelni z odrobiną sera (wybitnie)...do pizzy...i tak można wymieniać w nieskończoność..Buziaki!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To ja dziękuję za ten genialny przepis:-)
      Do jajek sadzonych!!! Jak ja ich teraz pragnę!

      Usuń