niedziela, 18 października 2015

Baterie wypadły temu październiku

W tym wpisie nie będzie o jedzeniu- będzie o tym jak nasz ogród wygląda w połowie października. Nie bywamy tam zbyt często bo obydwoje oscylujemy pomiędzy tygodniowym pracoholizmem i weekendową stagnacją. Macie tak czasem, że przez pierwsze pięć dni powtarzacie sobie "w sobotę na bank to zrobię", a potem kiedy w końcu nadejdzie, ledwie znajdujecie energię, żeby posmarować kromkę serkiem na śniadanie w okolicy południa? Czy to jest jakiś wirus? Czy to przechodzi?
'Temu jesiennemu marazmu' towarzyszy zupełnie niekompatybilne z nim uczucie. Potrzeba zmiany. Konieczność zmiany. Chęć zmiany. Strach przed zmianą. I radość na myśl o zmianie. I smutek. Tyle sprzecznych emocji, że najwygodniej nie decydować nic. Usiąść, powegetować, zakopać się w pracy. I choć się nie da, chwilę poudawać, że jednak można by to przeczekać. (*do wszystkich moich koleżanek, które właśnie próbują się do mnie zarumienione z emocji dodzwonić i sprawdzić swoje kobiece przeczucia- nie, nie jestem w ciąży:-P)
W tej ulewie niewiadomych, ogród też jest trochę jedną z nich, dlatego tym ciężej się do niego wybrać. Sprawy nie ułatwia fakt, że zimno, szaro i człowiek jakoś by tak tego swojego ciepłego, różowego ciała na te niesprzyjające warunki nie wystawiał. Ale trzeba- zachowując choćby najmniejsze pozory aktywności. I tak poszliśmy- ja zrobiłam kilka zdjęć, konQbek wyrwał pomidory, przycięliśmy 'wilki' w dzikiej róży i po pół godzinie wróciliśmy do domu. Wszyscy widzieli? I dobrze! Żeby potem nie było gadania, że nic tylko w domu siedzimy.
A w ogrodzie jest całkiem urokliwie. Zaczęła się jesienna symfonia barw i zostało jeszcze kilka kwitnących skarbów. Zobaczcie.
Liście igliczni są już złote. A na ziemi coraz więcej strąków.
Jawor ładnie kontrastuje z ciemną zielenią sosny.

Azalia nabrała niesamowitego, ognistego koloru.
Bardzo cieszę się, że w naszym ogrodzie posadziliśmy barbulę. Jej piękne niebieskie kwiaty wciąż kwitną.
Ostatnie kwiatostany budlei- zazdrośnie ściga się z barbulą.
To aster, który odbił od korzenia. Posadziłam go rok temu. Jest zdrowy i ma niesamowity atramentowy kolor.
Wzdłuż płotu jest trochę marcinków, ale susza a potem grzyb bardzo sponiewierały te śliczne kwiaty.
A to nasz ciekawy wrzos- biały i różowy na jednym krzaczku.
Gailardia ma swój rok.
Goździk nie tylko doszedł do siebie po suszy, ale jeszcze zakwitł.
Tradycyjnie już- jeżyna, która nie dojrzeje.
Za nic nie mogę spamiętać jak się ten gościu nazywa. To jakiś wiciokrzew. Wymyślił sobie, że wiosna.

A na grządkach brukselka mutuje (no cóż, nie wyszło...) a poplon kiełkuje.

6 komentarzy:

  1. Piękne kolory tej jesieni. To prawda nie chce się wychodzić ale cieplej się ubierajmy i hartujmy bo już zaraz może zima nas przywita. Ogród też muszę przygotować do zimy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Właśnie- nigdy z tą zimą nie wiadomo, kiedy jej się przywidzi przyjść. A rzeczywiście trochę jesiennej roboty jest. Powodzenia w przed-zimowych przygotowaniach!

      Usuń
  2. czasami trzeba wrzucić na luz, by później wszystko ogarnąć szybciej i sprawniej ;-)

    OdpowiedzUsuń
  3. Jest bardzo ładnie... ale i tak nie ma to jak bujna ziele wiosną i latem:)
    ściskam kochana

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. :-) Każda pora roku ma swoje plusy i każda ma swoich fanów- muszę przyznać, że ciężko byłoby mi wybrać między ciepłym jesiennym dniem a wiosennym. Chyba potrzebuję po trochę z każdego w systemie:-)

      Usuń