Zapóźniony leniwiec kontra nalewka z pigwy

Oto zaczynamy ostatnie przedświąteczne sprinty. Niepewni, czy to co nam powiewa pod szyją to szalik, czy wywalony ze zmęczenia jęzor, ścigamy się z dedlajnami, lawirując desperacko między kutią i papierem prezentowym. Jednocześnie beznadziejnie próbujemy odkopać ukryte głeboko pokłady świąteczności, kończąc pochrapując przed "Kevinem," z wypitą do połowy szklanką zimnego grzańca w dłoni. W czasie, kiedy nawet listy rzeczy do zrobienia mają swoje listy, proponuję celebrację lenistwa. Nie do końca na czas, bez spiny, z lekkim syndromem luźnej dolnej wargi. Naleweczka dla leniwych.
Jestem świadoma, że ten post jest zdecydowanie zapóźniony. O pigwie powinnam była pisać, kiedy mechate owoce wciąż jeszcze wisiały na uginających się gałęziach. Zamiast tego niegrzecznie pokazuję efekty kilkumiesięcznej maceracji, kiedy do kolejnego sezonu jest prawie okrągły rok. A tu czegoś by się człowiek napił... Ale taki ma być ten wpis- w opozycji do terminowości, zorganizowania i zabiegania. Pewne rzeczy w życiu się spóźniają, na inne trzeba poczekać, a jeszcze inne są bajecznie proste i robią się praktycznie same. Trudno.
Przyznam szczerze, że wszystko zaczęło się od tego, że mi się nie chciało. Im bardziej patrzyłam na pigwy, tym bardziej odechciewało mi się przelewać, rozdzielać, dolewać, pilnować dat i temperatur. Alchemia w kuchni jest inspirująca, ale czasem i czarownica może iść na łatwiznę. Szczególnie wtedy, kiedy efekt końcowy jest bardziej niż zadowalajacy.

NALEWKA Z PIGWY DLA LENIWYCH
 
3 średnie pigwy (nasze!)
ok 1kg cukru (patrz niżej)
1/2 litra wódki

Pigwy oczyszczamy z meszku, usuwamy gniazda nasienne i kroimy na cienkie plasterki. W dużym słoju układamy warstwami plastry owoców, dość często przesypując je cukrem. Chodzi o to, żeby mniej więcej każdy kawałek miał kontakt z cukrem- najlepiej zrobić dużo cienkich warstw. Słoik musi być duży, bo dzieje się w nim magia- pigwy puszczają ogromną ilość soku. Ja swój trzymałam mniej więcej przez tydzień w lodówce- podobno nie jest to konieczne, ale nie chciałam ryzykować i skończyć ze spleśniałymi pigwami (możliwe, że odezwała się trauma zakwasu, bo do jego przyrządzenia użyłam tego samego słoja...). Dobrze jest słoikiem raz dziennie wstrząsnąć, żeby wymieszać owoce z cukrem. 
Następnie do słoja dolewamy wódkę (barbarzyńsko i prostacko, bezpośrednio na owoce) i teraz już spokojnie można nalewkę wyjąć z lodówki. Nasza stała ponad dwa miesiące, po których postanowiliśmy ją przelać. Oddzieliliśmy płyn od owoców (pyszna, ale zdradliwa przekąska- te słodziutkie plasterki są wysokoprocentowe) i przelaliśmy go do butelek. Oczywiście można jeszcze dodatkowo przefiltrować nalewkę, ale ja tu piszę o wersji dla leniwych, których lekka mętność przeraża znacznie mniej niż mozolne przesączanie.
Powiem tak- ta nalewka wchodzi jak płynne złoto. Ma fantastyczny owocowy posmak i rozgrzewa przewiane grudniowym wiatrem ciało. A co najważniejsze- znacząco ułatwia ignorowanie smug na oknach i kurzu za szafą. Dzięki temu nawet leniwce pospolite mają święta bez wyrzutów sumienia. A kiedy pojawi się Mikołajo-Gwiazdoro-Aniołek i nie bedzie chciał dać prezentu, bo nieposprzątane do końca, uraczcie go kieliszeczkiem, a bardzo szybko zmieni zdanie:-)

Komentarze

  1. Zdecydowanie Magda minęłaś się z powołaniem...piszesz jak wytrawna dziennikarka, a może jak pisarka/literatka?..słowo pisane z Twojego "pióra" jest tak zajmujące, że czyta się z wielką wielką przyjemnością..uwierz, bo mówi Ci to osoba, która przez całe życie bardzo dużo czyta...nie mówiąc już o treści...ale przekazanie tej treści?..mistrzostwo świata..jestem z Ciebie dumna...

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz