wtorek, 23 września 2014

Makaron z cukinii lekarstwem na szaleństwo

Nasz weekend był trochę szalony- ale właściwie w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Udało się wiele rzeczy, które ogólnie uznajemy za relaksujące. Była zupa cukiniowa, ciasto gruszkowe, praca w ogrodzie- trawa jest skoszona, niektóre grządki ogarnięte, orzechy i owoce róży zebrane. Obejrzeliśmy słaby film dla młodzieży, lepszy serial z Halle Berry, ja przypomniałam sobie nawet parę odcinków Felki. Dokończyliśmy halucynogenne zielonogórskie wino. Było dość dużo gotowania, z lekkim stresem, bo również dla babci, która jest ostrym recenzentem. Był sport. Były zakupy. Tylko tradycyjnej niedzielnej drzemki w ogrodzie nie było- za zimno, żeby wieszać hamak. Po takim weekendzie nie chce się przyrządzać szalenie skomplikowanych dań na poniedziałkowy obiad. Nic nie szkodzi- w zanadrzu mam pomysł na cukinię!
Czas spędzony w ogrodzie był bardzo owocny- wystarczy wspomnieć, że z zebranych rzeczy udało mi się już kilka smakołyków przygotować- czekają w kolejce na swoje posty:) A tak wyglądał nasz ogród na sekundę przed nadejściem jesieni.
Posadzona w tym roku żurawka pięknie kwitnie.
Topinambur po akcji z dzikiem bardzo się rozrósł- martwiliśmy się czy w ogóle będzie w tym roku, a tu takie szaleństwa.
Słonecznikowi i borówce chyba się zapomniało, że to już jesień...
Wysiany późno nagietek właśnie monumentalnie zakwitł!
Nowy nabytek- muscat.
 Winorośl kupiliśmy tydzień temu, kiedy to z lekką dozą szaleństwa udaliśmy się prawie 200 kilometrów od domu, na zielonogórski festiwal wina. Zielona Góra skusiła mnie palmiarnią i ogrodem winnym w centrum miasta. Te atrakcje nie okazały się akurat tak wyjątkowe, jak się spodziewałam. Klimat miasta jednak bardzo mi się spodobał i cieszę się, że tam trafiliśmy. Szczególnie, że na swojej drodze napotkaliśmy knajpę "Kill Grill", w której ja zjadłam klasyczny stek a konQbek "Murder Burgera", rozmiaru małej wioski. Nie udało się nam zwiedzić żadnej winiarni, ponieważ winobusy odjeżdżały w mało dogodnych dla nas godzinach, a wyjazdy takie zajmowały zazwyczaj ponad godzinę. Szkoda, bo to z pewnością ciekawa wyprawa.
Oto zielonogórski festiwal wina w moim nieprofesjonalnym obiektywie.
Poza winem niektóre stoiska oferowały sadzonki winorośli- są to rośliny, które dobrze sobie radzą w naszym klimacie, więc warto się w nie zaopatrzyć.
Dla mnie szklarnia była tym na co wyglądała. Szklaną pułapką pozbawioną klimatu.Przypomina mi patio w biurowcu- niby są rośliny, kwiaty, jest restauracja- ale posiedzieć nie mieliśmy ochoty.
Najfajniejsze w palmiarni jest to, że można wejść na jej szczyt i pospacerować po specjalnych podestach. Stąd widać było zewnętrzny ogród winny.
Widok na Zieloną z samej góry palmiarni- pogoda była średnia, więc widok nieco zamglony.
Ogród winny w centrum miasta to ciekawy pomysł i atrakcja dla turystów, którzy mogą się czegoś dowiedzieć o winiarskiej tradycji regionu.
W kilku miejscach w mieście widzieliśmy takie ławki- świetny pomysł! Od razu wiadomo, że Zielona Góra winem stoi.
Przepyszny likier czekoladowy, przed wykupieniem całego stoiska powstrzymała mnie jedynie obietnica konQbka, że sami spróbujemy taki trunek przyrządzić.
Najbardziej szalone rzeczy można było kupić na targu staroci- jeśli ktoś marzy o naturalnych rozmiarów jeleniu albo gorylu, to koniecznie musi się tu pojawić!
Polowanie na minionka- na początku był trochę nieśmiały, ale szybko przekonał się, że jesteśmy przyjaźnie nastawieni:)
Uwielbiam takie witryny- "Sklep mięsny Schabik".
A w tym tygodniu, jak już pisałam, łapaliśmy wiele srok za ogon. Poza lekkim momentem paniki w niedzielę, muszę przyznać że wszystko poszło gładko. Nawet udało się nam zajrzeć na Piknik na Czterech Łapach, gdzie dowiedzieliśmy się dlaczego nasza Sońka może nie lubić innych psic. Super wydarzenie i bardzo się cieszę, że odbywa się po sąsiedzku. Organizacja była bardzo profesjonalna i można się było naprawdę wiele o psach i ich zwyczajach dowiedzieć. Mam nadzieję, że to nie ostatni taki piknik! (na fejsbuku możecie zobaczyć jak Piknik wyglądał)
Po takich emocjach tylko prosty, lekki obiad (szczególnie po Kill Grillu...)- na zakończenie posta zapowiedziany cukiniowy makaron.

MAKARON Z CUKINII Z SZYNKĄ, ORZECHAMI I CAMEMBERTEM
 2 średniej wielkości cukinie
4-5 plasterków szynki
1/2 szalotki
4-5 grubszych plastrów camemberta
garść orzechów laskowych
tłuszcz do smażenia
sól i pieprz
gałka muszkatołowa

Używając obieraczki do ziemniaków, tniemy cukinię we wstążki. Zostawiamy na sitku. Jeśli warzywo jest mocno dojrzałe, najpierw usuwamy pestki. Szynkę kroimy w kostkę a szalotkę  w pióra i podsmażamy aż cebula się zeszkli. Dorzucamy orzechy i jeszcze chwilę podsmażamy. Na koniec dodajemy na patelnię cukiniowe wstążki (można wcześniej odsączyć) i smażymy aż cukinia zrobi się szklista i miękka. Solimy i pieprzymy do smaku, ucieramy gałki muszkatołowej. Do gorącej cukinii wrzucamy pokrojony w kostkę camembert i mieszamy. Podajemy od razu, inhalując się aromatem dania:)

2 komentarze:

  1. Nie miałam pojęcia o takim sposobie na cukinię:)) muszę koniecznie spróbowac :))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Coś mi odpowiedź zjadło- daj znać jak smakowało:)! Pozdrawiam jesiennie:)

      Usuń