Tysiąc i jedna niespodzianka w Arboretum Ellerhoop- Thiensen

Sposób w jaki piszę idealnie odzwierciedla to jak wydarzają się rzeczy w naszym życiu- z opóźnieniem albo wręcz wcale. Ten post na przykład będzie o ogrodzie, który odwiedziliśmy z konQbkiem w wakacje. I to nie te ostatnie, tylko dwa lata temu. Ale wizyta tam była wielką niespodzianką, o której warto napisać nawet po takiej przerwie.

Miejsce zareklamowała nam mama konQbka i pojechaliśmy tam w wolne popołudnie. Byliśmy sceptycznie nastawieni- szczególnie kiedy zobaczyliśmy cenę biletów. Wydawało się nam, że to niewielka przestrzeń, którą zwiedzimy w pół godziny- za prawie dziesięć euro? Staliśmy niezdecydowani przy kasie, ale kwiatowe rabaty przy wejściu były takie kuszące, że zdecydowaliśmy się wejść. I wyszliśmy, kiedy właściwie zamykali już park, z wielkim uczuciem niedosytu i pewnością, że jeszcze wrócimy.
Tak wyglądają okolice wejścia.
Teren jest ogromy i bardzo zróżnicowany. Zaczęliśmy naszą wycieczkę, od spaceru kolorowymi "pokojami"- niektóre były bardziej nowoczesne, inne klasyczne, wszystkie ciekawie zaaranżowane i dopełnione interesującą architekturą ogrodową. To było jak przechadzka po ogrodach pokazowych na targach.
Kolor każdego 'pokoju' był motywem przewodnim- żeby nie było nudno w każdym pojawiały się elementy kontrastujące. To czerwony zakątek.
To fioletowo różowa rabata- metalowych ekranów użyto jako tła.
A to czarny pokój.
I znów kilka akcentów podkreślających ciemne liście.
I dla kontrastu pokój biały :-)
Dłuższą chwilę spędziliśmy w ogrodzie różanym, który był w pełni rozkwitu.
Minęliśmy dinozaura w z zakątku prehistorycznym.
To szare w chaszczach to dinozaur, a to zielone to roślina, która prawdopodobnie w czasach dinozaurów porastała ziemię (trawy wtedy jeszcze nie rosły)
Zachwycił mnie antyczny kącik śródziemnomorski- z małym budynkiem z kolumnami, pachniał ziołami i w pełnym słońcu wyglądał jak żywcem teleportowany z Włoch.
 
Zaciekawiły nas bramki w żywopłocie okalającym poszczególne ogrody, więc wyjrzeliśmy, żeby zobaczyć co się za nimi znajduje i trafiliśmy do jednej z najlepszych części ogrodu- wielkiej podmokłej łąki. Przeogromna, porośnięta trawą i roślinami zielnymi powierzchnia, z wykoszonymi ścieżkami to istna wiejska sielanka. Miejscami, wśród traw można znaleźć krzesła lub nawet leżankę zapraszającą do relaksu. Samo obejście tego terenu zajęło nam sporo czasu- a co z momentem na drzemkę?!
Część niewykoszonych trawników obsiana była najzwyklejszymi kwiatkami znanymi z babcinych rabat- kosmosy, nagietki, lny i wiele innych wyglądały fantastycznie w takim naturalistycznym misz maszu.
Miejscami podmokłe tereny przechodziły w bagniste jeziorka- to obrośnięte ulubioną przeze mnie krwawnicą.
Oto i jest ławeczka wśród traw.
Z łąk wróciliśmy do głównego ogrodu i obejrzeliśmy bursztynowy zakątek pełen ciekawostek na temat tego kamienia. Sama konstrukcja jest bardzo ciekawa- nowoczesna kopuła w żółtym kolorze pozwala się poczuć jak wewnątrz bursztynu.
Obok znajduje się makieta pnia największego drzewa na świecie- wielka atrakcja dla dzieciaków i nie tylko.
Spacerując po parku to zbliżaliśmy się to oddalaliśmy od centralnie położonego stawu, który pełen był kwitnących lotosów. Nie były tak wielkie jak te w La Mortelli, ale za to były ich setki. To tu zebrało się najwięcej pasjonatów fotografii, bo widok był godny uwiecznienia.
Z drugiej strony zbiornika było mniej lotosów, za to znaleźć można było inne perełki
Inna część stawów imitowała las namorzynowy- rzadka okazja zobaczenia korzeni powietrznych.
Po prawej 'kolanka' dzięki którym korzenie drzewa mogą oddychać.
W cieniu, na drewnianym pomoście można było sobie usiąść i odsapnąć.
Znad wody przeszliśmy do bambusowego lasu. W niemieckich ogrodach bambusy są częstymi rezydentami, te tutaj były imponujące.
Piknik pod wiszącym bambusem.
Zostały nam jeszcze ogrody użytkowe, przypominające tradycyjne ogródki działkowe z warzywami i małymi altankami. Były tak atrakcyjnie obsadzone, że spokojnie mogłyby konkurować z najpiękniejszymi ogrodami dekoracyjnymi.
 
To jest, moi drodzy, ogródek warzywny.

Hotel dla owadów w wersji de luxe.
Zajrzeliśmy do ogrodu japońskiego i ziołowego, minęliśmy trejaże z glicynią (dawno już przekwitniętą), przeszliśmy wrzosowiska i poczuliśmy, że nasza energia się kończy.
Ogród ziołowy znów na chwilę przeniósł nas nad morze Śródziemne.
A chwilę później byliśmy już na angielskich wrzosowiskach.
Na szczęście znaleźliśmy idealny zakątek na chwilę odpoczynku i tradycyjną bułkę. Pod bananowcem, przy niewielkiej szklarni, w tropikalnym kącie poczuliśmy totalny relaks. KonQbek odpłynął w pochrapujący sen, a ja czytałam kolejną część "Gry o Tron".
Tropikalny zakątek- 'nasz' bananowiec widać w tle i na głównym zdjęciu posta :-)
 
Trudno było nam opuszczać to miejsce. Mieliśmy wrażenie, że nie wszystkie części widzieliśmy dokładnie, ale żeby tak było trzeba tu spędzić cały dzień a nie tylko popołudnie.
Na deser został nam jeszcze sklep... Cierpiałam rozterki patrząc na piękne sadzonki pluskwic, w których zakochałam się po wizycie w berlińskim ogrodzie botanicznym. Silna wola i rozsądek jednak wygrały, bo kwestia transportu biosfery z Hamburga do Wrocławia z naszym Rołczu nie przedstawiała się najpraktyczniej :-)
Kuszenie ogrodniczki...
Na zakończenie tradycyjne pytanie o inspirację i w tym przypadku trudno mówić o jednej. Ale chyba najważniejsza lekcja płynąca z wizyty w tym ogrodzie to to, że nawet najbardziej prozaiczne rośliny, umiejętnie posadzone i wyeksponowane, potrafią upiększać ogród. A! I dobrze dobrane elementy architektury ogrodowej są niezwykle ważne i pomocne w tworzeniu klimatu miejsca. Czy to oznacza, że będziemy mieć leżankę wśród zbóż? ;-) Chyba nie, ale z pewnością zaprosimy do nas trochę kolorów. Kobaltowa bramka na pnącą hortensję już jest :-)

Podsyłam link do strony arboretum, chociaż nie jest ona imponująca- szczególnie dla niemieckich nieuków, czyli mnie :-)

Komentarze

  1. Domyślam się, że nóżki odmówiły posłuszeństwa. Ale jak trzeba było tyle zobaczyć, to nie ma wybacz ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nóżki to by jeszcze dały radę, ale zamykali przybytek ;-)

      Usuń
  2. Jesteś nareszcie...myślałam już, ze przepadłaś w otchłani budowlanej...piękne Arboretum...zazdroszczę pasji...pozdrawiam serdecznie...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ech, trochę chyba przepadłam, ale w otchłani marazmu :-) Staram się spiąć cztery litery, ale z każdej strony coś przeszkadza- albo po prostu złej baletnicy... ;-) Ale zmotywowały mnie trochę babki z takiego wyzwania fotograficznego na Instagramie i pomyślałam, że nikt tego za mnie nie zrobi :-)

      Usuń

Prześlij komentarz