poniedziałek, 1 lipca 2013

Szinguls

 Tak dźwięcznie i poetycko nazywa się mój najnowszy nabytek:/ Niestety po polsku nazwa nie jest już tak poetycka- jak i sam szinguls poetycki nie jest za grosz. Otóż posiadam dorodny okaz półpaśca. Jeszcze innymi słowy zapaliło mi nerwy czuciowe.W związku z tym obecnie pochłaniam szalone ilości tabletek i smaruję się jakimś mentolowym mazidłem. Poza tym mogę nosić tylko szerokie koszule, bo wszystko inne mnie boli. Czad!
Wygląda na to, że trochę się zajechałam przez ostatnie miesiące. Praca, praca dodatkowa, podyplomówka, treningi, zawody i ogród. Nie dość, że nie ze wszystkim wyrabiam to jeszcze nie mam czasu spać- bo cztery czy pięć godzin to dla mnie za mało.
Myślę, że dobił mnie wyjazd do Bydgoszczy, który poza świetnym doświadczeniem był też niewyobrażalną tyrą, i sobotnie koszenie- wielki powód do dumy ale i powód mega zakwasów. A w poniedziałek- auć, chyba mnie obtarła koszulka, takie mam czerwone. O, a nawet bąble- mama jak tylko je zobaczyła wydała polecenie formalne- jedziemy do lekarza. Oczywiście u nas na wsi to nie takie proste- jedyna opcja, to załatwiona trochę po znajomości wizyta u pediatry. Wiekowo, już od dawna nie kwalifikuję się na pacjenta pediatrii i myślę stąd konfuzja pani podczas ustalania odpowiedniej dawki leku (to niepokojące siedzieć i patrzeć jak lekarz konsultuje Vademecum przez 15 min). W końcu ustaliła, ja wydałam 150zł na te wszystkie ohydztwa no i leczymy.
Czuję się w porządku- jak mi nic nie dotyka korpusu. Czasem zaboli mocniej, to nie jest fajnie, ale gorączki nie mam a głowa przestała boleć od kiedy biorę medykamenty. Tylko jestem zapudrowana na biało i raczej się nie poopalam- chyba, że w łaty.
W związku w moją niedyspozycją niewiele dzieje się w ogrodzie i w kuchni. Mam teraz nadzieję trochę dojść do siebie, bo wakacyjny grafik wygląda na trochę bardziej litościwy, poza tym odpadają treningi, dodatkowe zajęcia i szkoła. Dlatego wybaczcie zastoje, a jak tylko przestanę nakładać to białe paskudztwo, to obiecuję wielki come back!
A dziś, zamiast ciężko pracować obijam się, czytam romansidła (powiedzmy, że zaczęłam czytać "Marcowe fiołki" bo myślałam, że to lektura ogrodnicza- a potem jakoś poszło;P), oblewam Sońkę śmietaną (stała przy lodówce, kiedy wypadł mi kubeczek pełen śmietanki- to był najszczęśliwszy pies na świecie:)), jem czereśnie, łykam tabletki i smaruję się pudrem w płynie. Planuję też jakąś kawusię- i to w doborowym towarzystwie. Dzielę się też paroma zdjęciami z deszczowych dni:
Uwielbiam robić zdjęcia nasiennikom sasanek po deszczu- będzie ich dużo...
 
 

 


 
Deszcz ma też swoje ujemne strony- ziemia jest tak nasiąknięta, że wywaliło nam brzoskwinię

A to już koszyczek na spotkanie w pracy- bułeczki z różą.
A praca? No przecież nie ucieknie... Moją dzisiejszą postawę życiową bardzo dobrze oddaje ten oto filmik:

4 komentarze:

  1. Oj kuruj się Kochana, odpoczywaj i porządnie się wyśpij :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki:* Ze spaniem i odpoczywaniem jak zwykle ciężko- ale staram się jak mogę;) Dziś zaczęłam ostatni listek leków, więc od jutra mam już być oficjalnie zdrowa;)!

      Usuń
  2. O matko, na początku pomyślałam, że ten szinglus to jakaś obrzydliwie trująca przez sam dotyk roślinka, którą sobie posadziłaś w ogrodzie i na nią wpadłaś o.O... Dobrze, że jednak nie, ale i tak nie zazdroszczę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W sumie też mogłaby by być:) Cholera wie skąd się ten szinguls wziął- możliwe, że rzeczywiście siedział na liściu!

      Usuń