niedziela, 14 lipca 2013

Rozwój infrastruktury ogrodowej

Powoli, w ślimaczym tempie (wiem jakie to, bo obserwuję te miliardy ślimaków w naszym ogrodzie), zaczynają pojawiać się u nas różne elementy "małej architektury ogrodowej". Często są to zaimprowizowane albo bardzo stare sprzęty, które gromadzimy w miarę rosnących potrzeb. Jeśli spodziewacie się dobrego stylu i dizajnerskich rozwiązań, to zapraszam na inne blogi:) U nas jest szalona, galopująca prowizorka.
Czynnikiem, który najbardziej krzyżuje nasze dalekosiężne plany jest brak czasu. Teraz, kiedy ja mam go trochę więcej, KonQbek ma go mniej- a nie wszystko da się zrobić w pojedynkę. Poza tym, to KonQbek ma zazwyczaj najlepsze pomysły, na realizację naszych pomysłów. 
Do tej pory udało nam się zmontować kilka usprawnień, którymi chciałabym się podzielić.
Pierwsza to kupiona w zimie bramka (pisałam o niej w tym poście)- okazała się źle wykonanym bublem, który KonQbek musiał przemontowywać parę razy, żeby nabrał jakiegokolwiek kształtu. No, i tradycyjnie dla Weltbilda w naszym przypadku, brakowało śrubek. Dziś po pergoli pnie się już cytryniec chiński- na zdjęciu jeszcze go nie ma. Idea jest taka, że pergola stanowi wejście do naszego brzozowego lasku.
Tu raczej wyjście z lasku- zdjęcie robione spod brzóz.
Ponieważ glicynie, po dramatycznych przygodach z koniem w roli głównej (rodzice pozwalali sąsiadom wypasać konie w ogrodzie- ci nie wiedzieli, że zrobiliśmy tam nasadzenia i wpuścili swoje dwa zwierzaki- a jeden z nich okazał się wielkim amatorem glicyniowych liści...) w tym roku ładnie ruszyły, trzeba było na nie podpórki.  Pędy zaczęły się zwijać i drewnieć w tych dziwacznych formach. Po dokładnym omówieniu tej kwestii zdecydowaliśmy się na proste "szubienice" z nieheblowanych desek, pomalowane na zielono. Ponieważ manualnie jestem raczej nieogarnięta, KonQbek mierzył i skręcał, a ja pomagałam w malowaniu. Oto nasze dzieło krok po kroku:)
Profesjonalny sprzęt...
...profesjonalny personel...

...profesjonalne materiały wykończeniowe...
...dają profesjonalny efekt:)
Kolejna pnąca roślina wymagająca podpory to fasola. Tu wystarczyły dwa bambusy, sznurek i myśl techniczna KonQbka, który z kawałka drutu zrobił "śledzie" do ustabilizowania konstrukcji.
Śledzie zrobione z kawałka drutu za pomocą maczety...
Fasolowa podpórka w pełnej krasie- w tle tylko jedna glicyniowa szubienica- już są dwie:)
Do własnoręcznie zrobionych rzeczy można dodać środek na mszyce, która zaatakowała nasz bób. Była to gnojówka z pokrzywy. Liście pokrzyw zalaliśmy wodą, przykryliśmy i zostawiliśmy na kilka dni (im dłużej tym bardziej śmierdzi i jest mocniejsza- trzeba rozcieńczać). Śmierdziała ohydnie, ale na mszyce dała radę.
Edit- zaatakowany bób
Odważny KonQbek nie zważa na woń
Resztki mszyc
W kwestii roślin mamy też nowych mieszkańców- jarzębinę, bez, funkie (dzięki mamie i "Maji w ogrodzie" wiem, że można je jeść) i piwonię.
Funkia 1
Funkia 2- obie posadziliśmy w lasku

Jarzębina
Bez chcieliśmy posadzić dawno temu ale połamały go koty. Po dwóch miesiącach puścił takie oto knypki od korzenia- no to je wsadziliśmy:) Obok lampka solarna, kupiona zimą w Weltbildzie. Im nie brakowało części, ale za to dwie nie działały. Takie punkciki światła w ogrodzie są naprawdę efektowne.
W sobotę zaplanowaliśmy małe ognisko, w związku z którym w naszym ogrodzie pojawił się odwieczny namiot moich rodziców. Baliśmy się deszczu a przy okazji chcieliśmy sprawdzić, czy z namiotu jeszcze coś będzie po tylu latach. Niestety żadne z nas nie wiedziało do końca jak namiot wyglądał i walczyliśmy dość długo. Doszło nawet do tego, że namion przemieszczał się po ogrodzie na naszych nóżkach:) Poza namiotem wydobyliśmy z piwnicy stare meble ogrodowe- relikt lat dziewięćdziesiątych. Dały radę, choć jeden z podłokietników nie wytrzymał mocy bicepsa Leszka i uległ dezitegracji. Ale i tak lepsze to niż nasze luksusowe betonki. 
To zaczyna mieć kształt...
O kurde, ale duży!

Efekt końcowy- sypialki były już tak zniszczone, że nie było sensu ich rozkładać.

Stylówa a la działkowcy z lat osiemdziesiątych- z przodu piwonia, kolejna nowość o ogródku.
Myślę, że ognisko było całkiem udane. Kiedy już odgrodziliśmy się zasłoną dymną od komarów, mogliśmy w spokoju jeść kiełbaski, bagiety i "zimnioki". Panował ogólny czil. Kiedy zrobiło się ciemno, z nieba znikła większość chmur i można było zobaczyć piękne gwiazdy. To natchnęło nas do pomysłu na następne ognisko. Niedługo będą Perseidy...
Tak wyglądali nasi goście zanim przybyły posiłki w postaci Brosa. (sorry Monia, nie mogłam się oprzeć...:D)
Urok ogniska prędzej czy później dosięgnie każdego- nie ma to jak siedzieć i gapić się w ogień....

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz