piątek, 5 lipca 2013

Dolnośląska Lotaryngia

 
Kontynuuję swoje dolnośląskie podróże dookoła świata- w końcu są wakacje, czas wojaży. Niestety na te swoje prawdziwe muszę jeszcze poczekać, ale kulinarnie można podróżować zawsze. Wystarczą tylko odpowiednie składniki i dobre pomysły. Moje pomysły sponsoruje ostatnio zielnik, który bardzo się rozrósł. Zioła warto przycinać, żeby się ładnie rozkrzewiały, a skoro już przycinamy to warto by było ich użyć. Na przykład do przyprawienia pysznej tarty z Lotaryngii.

Lotaryngia to może nie jest miejsce, które kojarzy się z wakacjami- nie ma tam morza, plaż czy palm. Ale to stamtąd pochodzi pałaszowany w całej Francji "Quiche lorraine". Czujny czytelnik zaraz spyta- no to w końcu jak, kisz czy tarta? Posiłkując się stroną artkulinaria wyjaśniam, że właściwie jedno i drugie. Nazwa tarta określa to, co ma podstawę z kruchego (choć nie tylko) ciasta i na niej nadzienie. Quiche (kisz) ma podstawę z kruchego albo francuskiego ciasta a na niej masę śmietanowo-jajeczną z dodatkami. I to właśnie ta masa czyni kisz kiszem. Czyli w przypadku tej potrawy możemy użyć obu terminów. A jeśli żaden nam się nie podoba to zawsze możemy powiedzieć "placek lotaryński".
W Lotaryngii przepis ten znany jest od wieków. Kiedy wspomniano to danie po raz pierwszy w dziewiętnastym wieku, już wtedy opisane zostało jako tradycyjne. Początkowo przygotowywano je w specjalnych patelniach, na cieście chlebowym i bez dodatku sera. Składniki były powszechnie dostępne i niedrogie, i każdy chłop mógł sobie pozwolić na taką ucztę. Ale podobno arystokraci też zażerali się plackiem lotaryńskim- choć mam wrażenie, że dodawali więcej boczku:)
Moja wersja jest umiarkowanie arystokratyczna, więc dodam jej trochę prestiżu używając francuskiej nazwy. I udam, że przepis pochodzi z królewskiej książki kucharskiej, a nie jest kombinacją starego przepisu w zeszycie mamy, który z czasem ewoluował- pod wpływem eksperymentów i innych przepisów:)

QUICHE LORRAINE Z SZAŁWIĄ
 

 300g mąki
100g masła (w pokojowej temperaturze)
 szczypta proszku do pieczenia
szczypta soli
3/4 łyżki lodowatej wody

Na nadzienie
300ml kwaśnej śmietany
3 jajka
ok 200g boczku
3 średnie cebule
250g sera żółtego (ja użyłam edamskiego)
kilka listków szałwii
sól i pieprz do smaku

Przesiewamy mąkę, dodajemy szczypty proszku i soli. Na kopczyk sypkich składników kładziemy masło i nożem kroimy je na drobne kawałki. Dodajemy bardzo zimną wodę i wyrabiamy do uzyskania gładkiego ciasta. Formujemy z niego kulę i chowamy do lodówki na co najmniej czterdzieści minut. 
Przygotowujemy nadzienie- kroimy boczek w cienkie plasterki- ja się wycwaniłam i kupiłam już pokrojony (cieniutko jak szynka parmeńska;)) i wrzucamy go na patelnię. Cebulę kroimy w grube pióra i dorzucamy na patelnię kiedy tłuszczyk z boczku się wytopi. Smażymy dopóki cebulka się trochę nie zeszkli- nie podsmażamy jej mocniej. W miseczce mieszamy śmietanę, jajka i drobno starty ser. We francuskich przepisach pojawia się gruyere, ale w mojej chłopskiej lodówce był tylko edamski- też dał radę:). Dodajemy soli i pieprzu- ilość wedle uznania.
Ciastem wyklejamy natłuszczoną blaszkę- ja użyłam okrągłej rozpinanej, o średnicy 24cm. Średnica jest ważna, bo jeśli macie większą formę to nie starczy ciasta na brzegi. Moja metoda na wyklejanie to podzielenie ciasta na trzy równe części i wyklejenie spodu dwoma z nich. Z reszty ciasta robię rulonik, umieszczam dookoła spodu i rozklejam go na bokach- działa szczególnie przy kruchych ciastach, które lubią się rozrywać. 
Ciasto nakłuwamy równomiernie widelcem, wkładamy do piekarnika nagrzanego do 170* i podpiekamy 10-15 minut. Następnie wyjmujemy placek, układamy na nim listki szałwii (ja zapomniałam i miałam tylko na wierzchu...) i cebulkę z boczkiem. Zalewamy masą jajeczno-śmietanową, dekorujemy szałwią i pieczemy jeszcze 20-25 minut, aż masa się zetnie i przyrumieni.
Quiche jemy jak nieco ostygnie, ale jeszcze ciepły. My skorzystaliśmy z pięknej pogody i zjedliśmy go na dworze, popijając udawanym mojito- razem z szałwią przycięłam też miętę pieprzową, utarłam miętowe listki z brązowym cukrem, wrzuciłam zdobyczną limonkę (została po spotkaniu w pracy) i zalałam schłodzoną lekko nasyconą gazem wodą. Tak powinno wyglądać lato!
Uwielbiam jeść na zewnątrz- na świeżym powietrzu wszystko jest smaczniejsze!
A na deser, jako że placek jest bardzo sycący, polecam spacer. Na przykład do naszego ogródka, w którym takie oto cuda:
Oto szkarłatka z tego posta
Nasz chrzan przeniesiony zza płotu szaleje!
Powoli zaczynają się maliny i kruszyna (jak byłam mała byłam przekonana, że to bezina, bo moja babcia tak ją nazywała "bo się bździła po całej działce"). Poziomki też jeszcze dają radę.

A to nasze malinisko- mało zorganizowane, bo są tu i stare i nowe maliny. W lewym kąciki róża portlandzka, która właśnie będzie kwitła po raz trzeci!!!
Kupiona jako malwa lekarska, okazała się malwą ogrodową. No piękna jest, ale nie da się jej zjeść:/

Wszystkie kozłki kwitną jak szalone.
Ogórecznik tylko czeka, żeby go wrzucić do sałatki!
Przepisem dzielę się w tej akcji:)

4 komentarze: