czwartek, 12 września 2013

Klęska urodzaju

Zakopało nas pod gruszkami i brzoskwiniami:)

Nasze drzewa owocowe oszalały do tego stopnia, że jedna z brzoskwiń się połamała- i to przy minimalnym wietrze. Owoce są tak ciężkie i pełne wody, że gałęzie praktycznie sięgają ziemi. Od kilku dni zaczęły też opadać.
 
W sumie zebraliśmy dwie skrzynki brzoskwiń (z czego jedna twardych i zielonych, ze złamanej gałęzi) i ponad dziesięć kilo gruszek (plus wiaderko miniwypierdków). I co teraz?
Gruszek trochę rozdałam. Brzoskwinie są mało reprezentacyjne, więc niewiele osób ma na nie ochotę. Ale gotuję kompoty- średnio co drugi dzień. Moje proporcje to 1,5 kg brzoskwiń, po 100g brązowego i białego cukru (dość dużo, bo część owoców jest jeszcze kwaśna) i jeden kawałek kory cynamonu. Zalewam to 2-3 litrami wody i gotuję. I tak do grudnia...:) Z gruszek konQbek zrobił dziś placuszki- do typowego ciacha pankejkowego dodał pokrojoną w plasterki gruszkę i usmażył.
Musze powiedzieć, że taka mechaniczna robota- sortowanie owoców, krojenie ich, układanie w skrzynkach, to całkiem przyjemna odmiana. Trochę jak medytacja. Tylko cholera czasochłonna.

Urodzaj dotyczy też kwiatów. 
Budlei, która pięknie przyciąga ostatnie motyle (przycięcie przekwitniętych kwiatostanów powoduje, że krzak ponownie kwitnie i ładnie się rozgałęzia). 
Wiśnie po przycięciu puściły nowe listki- a nawet kwiatka! Ale co się dziwić- dziś w drodze z pracy widziałam pięknie kwitnącego kasztanowca! A worek wiśniowych liści przekazaliśmy sąsiadce- podobno dodane do nalewki aroniowej czynią cuda. Jak nasza aronia zaowocuje, będziemy musieli zgłębić temat.
No i na koniec- róże. Moja wielka tegoroczna radość. Rok temu ledwie udało mi się zebrać płatki na miseczkę konfitury. A w tym? Krzaki dostały więcej przestrzeni i nie chcą przestać kwitnąć od dwóch miesięcy:) Udało mi się nie tylko zrobić konfiturę ale jeszcze upiec dwa razy bułeczki, przekazać woreczek na Thermomixowe eksperymenta (podobno były sukcesem i przepis czeka na następny sezon:)), zrobić kilka lemoniad, nasenne potpourri... I ten zapach po wejściu do ogrodu!
A tu róże w wersji prezentowej:)

4 komentarze:

  1. Niech żyją 'oszołomy', którzy w dzisiejszych czasach umieją się bawić, a bawić i pracować to już sztuka! Gratuluję pomysłu na bloga i tej uroczej klęski urodzaju, u mnie jest podobnie.Polecam także fachową literaturę, by nie zrobić krzywdy przyrodzie.Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję serdecznie za miłe słowa! Zdarza się nam zajrzeć do książek, ale przyznam szczerze, że 'wyguglanie' jest o tyle łatwiejsze i szybsze, że niestety często tylko na nim się kończy. Pozdrawiam zajadając gruszkę!:)

      Usuń
  2. Magda, a może byś się podzieliła tymi gruszkami, co? A nie tylko sama wcinasz! ;)

    OdpowiedzUsuń