wtorek, 4 lutego 2014

Dziś są bloga urodziiiiiny!

Tak tak- to już rok. Im bardziej się zastanawiam tym bardziej myślę, że wybrałam najgorszy moment na zaczęcie blogowania. Totalna bezczynność i stagnacja. Nie dzieje się nic, pracy w pip, nie ma komu do bloga usiąść. Ale stało się- jak się nie myśli to potem trzeba ponosić konsekwencje.
W ten statyczny czas chyba nie pozostaje mi nic innego jak podsumować i napisać o nowych planach. I może przejść się po ogrodzie, który znów wygląda bardziej wiosennie niż zimowo (chociaż zdarzyło mu się zamarznąć raz czy dwa razy). A tort? Skoro pierwszym przepisem na blogu były muffiny, to może niech moim mini tortem będą właśnie muffiny.
Ale zacznijmy od podsumowań. Co zrobiliśmy przez ten rok? Po pierwsze mamy studnię- po przejściach (poczytajcie tutaj- było dramatycznie). To ogromne ułatwienie. Mamy szklarnię! Poza tym powstały grządki na których eksperymentowaliśmy z warzywami. I wiemy już, że rzodkiewkę i sałatę trzeba siać stopniowo, bo nikt nie da rady przejeść grządki wysianej na raz. 
Z niewypałów warto wspomnieć kalafiory i brokuły- nie zdążyły zakwitnąć. Bakłażany też nie dały rady- miały za małe doniczki, podobno są wrażliwe na brak miejsca. Co mnie smuci niezmiernie to fakt, że chyba pożegnamy się z naszą azalią- pięknie, niebieskokwitnąca krzewinka wygląda jakby nie przetrwała zimy. Pożegnaliśmy już agrest i najprawdopodobniej jagodę kamczacką. 
A co się udało? Róże, róże i jeszcze raz róże. Po uprzątnięciu i przycięciu krzewy kwitły obficie całe lato, pozwalając mi na płatkowe szaleństwa. Bardzo ładnie owocowała grusza i brzoskwinie (nawet trochę za bardzo...)- te ostatnie mocno odmłodziliśmy jesienią- zobaczymy co z nich wyniknie. No i fasola- szczególnie ta fioletowa, która po gotowaniu robi się zielona. Z pewnością do niej wrócimy bo jest pyszna. Cudownym pomysłem był hamak- rozwieszony miedzy brzozami, był miejscem wielu relaksujących poleżeń.
Z perspektywy czasu ten rok wydaje mi się niezmiernie długi. Może dlatego, że uczyłam się nowych rzeczy i czekałam na każdą zmianę niecierpliwie jak dzieciak. To oczekiwanie aż śnieg się skończy potem aż podbiał zakwitnie i będzie można siać, aż coś się ukorzeni albo wypuści kwiatki. Aż dojrzeje... i rok się rozciągnął tym czekaniem.
A plany? Anglicy mówią, że jak chcemy rozśmieszyć bogów, to powinniśmy powiedzieć im o naszych planach. Ale mimo wszystko jakieś plany są- mniej lub bardziej mgliste. Zaczniemy od dyni Hokkaido- chcemy spróbować ją wyhodować, bo oboje zakochaliśmy się w jej smaku. Poza tym trzeba będzie ustabilizować konstrukcję okołostudniową- jest kilka pomysłów, ale tak na prawdę nie wiemy jeszcze jak się za to wziąć. Z infrastruktury chcielibyśmy miec porządne miejsce do siedzenia i może lepszy hamak. A w dalekiej przyszłości, jak będziemy obrzydliwie bogaci i znudzeni bezczynnością, wykopiemy jakiś mały staw, może z ciurkającą wodą?
Ale na razie świętujemy- tuż przed wyruszeniem na zakupy nasienne, czekając w bloczkach startowych na rozpoczęcie wiosny:)

DEKADENCKIE MUFFINY Z MARCEPANEM, MALINAMI I RÓŻANĄ KRUSZONKĄ

 Na kruszonkę
50g masła
100g cukru
1/4 szklanki grubo posiekanych i podprażonych orzechów nerkowca
1/2 szklanki płatków owsianych
szczypta soli
1 łyżka konfitury z płatków róż

Na muffiny
40g masła
100g masy marcepanowej
300g maki
150g cukru 
2 łyżeczki proszku do pieczenia
1/2 łyżeczki sody
 szczypta soli
100ml śmietany 12%
150ml mleka
1 jajko
suszone maliny (garść)

Do formy do muffinów wkładamy papilotki. Piekarnik nagrzewamy do 180*C. Mieszamy składniki na kruszonkę do otrzymania w miarę jednolitych okruchów i chowamy ją do lodówki. Masło roztapiamy na małym ogniu. Marcepan kroimy w kostkę pilnując, żeby to co pokroiliśmy nie skleiło się z powrotem w gulę. W dużej misce mieszamy suche składniki- mąkę, cukier, proszek, sodę i sól. W drugiej misce mieszamy mokre składniki- śmietanę, mleko i jajko. Łączymy suche i mokre składniki, dodajemy masło. Po otrzymaniu dość jednolitej masy (ale wciąż z grudkami) dodajemy marcepan i suszone maliny. Formy do muffinów wypełniamy ciastem mniej więcej do połowy, każdego muffina posypujemy grubo kruszonką, wciskając ją palcami żeby zanurzyła się trochę w cieście. Pieczemy 25 minut. Przy wyjmowaniu pamiętamy, że kruszonka jest bardzo gorąca i zastyga kiedy stygnie- może być ciężko wyjąć z formy zimne muffiny.
 
 

I jemy! Świętujemy i słuchamy, wyobrażając sobie, że zamiast Mr President jest Ms Mirabelles:)

10 komentarzy:

  1. Wszystkiego Najlepszego w ten świąteczny dzień :D:D Proszę o jeszcze więcej wpisów :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję i obiecuję poprawę!!! Mam nadzieję, że teraz to już tylko cieplej i będzie można ruszyć z pracami w ogrodzie- a jak to ruszy to i blog z pewnością ożyje:)

      Usuń
  2. Sto lat sto lat!!! Wszystkiego najlepszego Wam życzę w ogrodowych potyczkach i nie tylko;) no i przede wszystkim żeby sie nie znudziło i cieszyło zawsze tak jak teraz:) a chodzi mi zarówno o motyką machanie jak i blogowanie:D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hehe- jakoś mi się skojarzyło, że porwaliśmy się z motyką na bloga:) Ale coś mi się wydaje, że nieprędko się znudzi. Dziękuję za życzenia i pozdrawiam urodzinowo!

      Usuń
  3. Cudownie!
    Kolejnych wspaniałych wpisów, cudownych zdjęć i lekkiej klawiatury!
    Z miłą chęcią wracam do Twoich wpisów!
    Sto Lat!!!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo bardzo dziękuję! Pozdrawiam najmocniej i spinam pośladki w 3D- ogrodowo, kuchennie i blogowo:)

      Usuń
  4. Najlepsze życzenia!!! Jakie te muffiny pychotkowe;)))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki! Rzeczywiście są pychotkowe- totalna rozpusta smakowa:)

      Usuń
  5. Spełnienia planów. I świeczkę proszę zapalić, pomyśleć marzenie i zdmuchnąć. Na pewno się spełni ;).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję! :) Oj, ja to bym nawet niezła listę takich życzeń miała- a tu tylko jedna świeczka:)

      Usuń