środa, 13 maja 2015

Bez dla dorosłych

Maj to czas imprez- pierwsze poważne grilowanie, koncerty na świeżym powietrzu i wyjścia na tak zwane "miasto". Siłą rzeczy, to też czas na wprowadzanie procentów do krwiobiegu. Z powodów praktycznych i ekonomicznych, wśród naszych znajomych funkcjonował etap imprezy potocznie zwany, pardon maj frencz, "przednajebką". To czas, w którym przygotowuje się organizm do dalszej maltretacji alkoholowej, jednocześnie będąc litościwym dla kieszeni. Właśnie podczas takiej "rozgrzewki" mieliśmy szansę pić najlepszą na świecie cytrynówkę Hanza, lecz zazwyczaj trunki serwowane na tym etapie nie należą do wyszukanych. Czasem jednak spotykają się same panie, one również chcą się rozpędzić przed czekającym je wieczorem, ale walenie karniaków ze szklanki po nutelli (kto ma? ja mam!:-)) godzi w ich poczucie estetyki. I co wtedy? Możemy zniszczyć system podając galaretkę z musującego wina. I jeszcze dodać do niej kwiaty. Na przykład bzu. Bam! Level Master:-)
U mirabelek jedliśmy już kwiaty bzu- w sconsach i na gruszkowym serniku. Przypomnę tylko, że są specyficzne w smaku, takie zielono-ostrawe, zaskakujące w porównaniu z zapachem. Te które chcemy zjeść, powinny być zerwane w czystym miejscu, z dala od drogi i innych zanieczyszczeń. Pełne kwiatki siłą rzeczy są intensywniejsze w smaku, niż te zwykłe. Widziałam przepisy na cukier aromatyzowany płatkami bzu, ale moim zdaniem nic nie może równać się z świeżymi, dopiero co zerwanymi kwiatami.
Jeśli zamiast przedimprezowej rozgrzewki, chcielibyście z dzieciakami uraczyć się taką galaretką, nie ma problemu- wino można spokojnie zastąpić wynalazkiem typu Picolo. Ale my dziś brakiem procentów brzydzimy się, jak małym piwem i robimy deser dla dorosłych, którzy samochód zostawili w zaciszu garażu:-)

GALARETKA Z MUSUJĄCEGO WINA Z KWIATAMI BZU

odrobina oleju (np z pestek winogron) do natłuszczenia formy 
2 kiście kwiatów bzu
20g żelatyny w proszku
100ml letniej wody
1/2 butelki 0,75 białego, słodkiego musującego wina (u nas Jacob's Creek Moscato)

Silikonowe foremki natłuszczamy dokładnie ale lekko olejem (jakimś mało wonnym- np. z pestek winogron). Kwiatki układamy na czymś białym w celu eksmisji robactwa, następnie płuczemy i osuszamy. Obrywamy same kwiatuszki, bez zielonej końcówki. Żelatynę dokładnie rozpuszczamy w letniej wodzie. Studzimy. Dolewamy wino po ściance naczynia (piana pokrzyżuje nam plany) i delikatnie mieszamy. Do foremek wrzucamy część kwiatów i zalewamy niewielką porcją wina. Chowamy do lodówki na kilkanaście minut- dzięki temu kwiatki nie wypłyną na wierzch. Następnie dorzucamy resztę kwiatków i zalewamy winem do końca. Chłodzimy kilka godzin w lodówce- na wieczorną imprezę najlepiej byłoby je zrobić rano.
Podane składniki starczają na sześć niewielkich galaretkowych babeczek. Można galaretkę podać też w kieliszkach, ale mi podoba się bardziej taka trzęsąca się na talerzyku:-) W naturalnym świetle można podziwiać zastygnięte wewnątrz deseru bąbelki powietrza. Ja nigdy nie mogę się na nie napatrzeć.
 

2 komentarze:

  1. Takiej galaretki jeszcze nie jadłam.. Pięknie wygląda!
    pozdrawiam cieplutko kochana

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Warto spróbować- nawet bez procentów;-) Również się ciepłe pozdrowienia z naszego ogródka!

      Usuń