piątek, 26 czerwca 2015

Jedzenie jak z powieści

"Przepiórki w płatkach róż"- trudno o bardziej działający na wyobraźnię tytuł. Książkę czytałam w wielkim oczekiwaniu na to niesamowicie brzmiące danie. I kiedy już bohaterowie je zjedli, stały się dla nich rzeczy magiczne. W końcu podobno róże są dla meksykanów afrodyzjakiem. U nas obyło się bez konnych przejażdżek nago, na słowiańskie geny chyba ta mieszanka nie działa. Ale ten sos... ten sos z pewnością ma w sobie jakąś magię.
Kiedy czytałam powieść Laury Esquivel nawet nie marzyłam, że uda mi się kiedyś przygotować którekolwiek z czarodziejskich dań tworzonych przez Titę. Jej przepisy były dla mnie bardziej wyrażeniem uczuć- miłości do Pedra, frustracji czy wściekłości na matkę. To jedna z tych książek, w której opisy jedzenia są tak sugestywne, że nawet nie zastanawiasz się czy to się w realu da zrobić. Po prostu masz ochotę poczuć te aromaty i mieć na języku te smaki. A przez to doświadczyć choć cień tych latynoskich namiętności, targających głównymi bohaterami. Bo kiedy ten Pedro tak patrzy na Titę, to aż czuć ten anyżowo różany zapach.
Długo szukałam przepisu, który byłby wierny przepisowi w książce i jednocześnie przejrzysty. Opis Tity jest dość ogólnikowy. Na dodatek w polskiej wersji powieści pominięty jest dodatek pitayi i większość przepisów na polskich stronach albo kompletnie pomijała dodatek owoców, albo pojawiały się w nich gruszki albo maliny. Myślę, że to dobre alternatywy, ale ja chciałam spróbować oryginału. I znalazłam fantastyczny opis na świetnym brytyjskim blogu. Autorka szczegółowo opisała swoje zmagania z tym przepisem, a ja bezczelnie z tego skorzystałam i wyruszyłam do kuchni.
Zgromadzenie składników zajęło mi trochę czasu. Bo rzeczywiście mamy tu niezłe towarzystwo:
-płatki róży (tu był najmniejszy problem, wystarczyła jedna wyprawa na ogródek, jeśli nie macie dostępu do świeżych płatków, można tak jak nutmeg seven użyć suszonych- są dostępne w internetowych sklepach)
-przepiórki (co jakiś czas pojawiają się w Selgrosie; jakiś czas temu przezornie kupiłam i zamroziłam, ale czytajcie dalej, bo można je doskonale zastąpić czymś łatwo dostępnym:))
-gotowane kasztany (najdłużej przeze mnie poszukiwane, od jakiegoś czasu w 'Piotrze i Pawle' są puszkowane; ważne żeby nie były słodzone)
-pitaya (dość regularnie pojawia się w Selgrosie)
Przepiękna!
 Kiedy już niczym alchemik zgromadzicie potrzebne cuda, możecie zacząć kuchenne czary. 

PRZEPIÓRKI W RÓŻANYM SOSIE KASZTANOWYM

12 gotowanych kasztanów jadalnych (u nas z puszki, w zalewie)
ok 50 świeżych płatków róży pomarszczonej (nasze!)
1 pitaya
2 ząbki czosnku
1 łyżka masła
2 łyżki miodu
1 lub dwie łyżeczki anyżu (u nas w ziarenkach, może być mielony)
sól i pieprz do smaku 
250ml bulionu drobiowego (przygotowanego z połowy kostki rosołowej) 
ok 1 łyżka soku z cytryny
2 łyżeczki mąki kukurydzianej
kilka kropli wody różanej
łyżka oliwy z oliwek
4 przepiórki (wypatroszone)

150g kuskusu

Piekarnik nagrzewamy do 200*C. Kasztany, płatki róż (bez robaczków) i miąższ pitayi miksujemy na gładkie puree. Czosnek drobno siekamy albo przeciskamy przez praskę. W rondelku rozgrzewamy masło i podsmażamy czosnek na złoto. Dodajemy miód. Następnie dorzucamy puree oraz anyż i chwilę gotujemy. Solimy i pieprzymy. Dolewamy bulion i sok z cytryny. Chwilę gotujemy na niewielkim ogniu. Mąkę kukurydzianą rozrabiamy w niewielkiej ilości wody i dodajemy do sosu. Próbujemy- jeśli chcemy więcej różanego aromatu dodajemy wodę różaną. Ważne jest, żeby sos nie był zbyt kwiatowy. Według Tity sos nie może być pretensjonalny w smaku, ja powiedziałabym że nie może być 'mydlany'. Powinniśmy otrzymać łagodny, lekko słodkawy ale nie mdły sos. W razie potrzeby możemy dodać więcej soku z cytryny, soli lub pieprzu.
Płuczemy i osuszamy przepiórki. Bawełnianą nitką związujemy im nóżki- dzięki temu zachowają zgrabną formę. Na mocnym ogniu rozgrzewamy oliwę i podsmażamy mięso zaczynając od obu boków. Następnie brązowimy im biusty. W niewielkim żaroodpornym naczyniu umieszczamy podsmażone przepiórki. Przed polaniem sosem możemy przyprawić je solą i pieprzem- my pominęliśmy ten krok. Pieczemy 20 minut w dobrze nagrzanym piekarniku, aż sos jest ładnie przypieczony a soki wypływające z przepiórki nie są krwiste.
W międzyczasie przygotowujemy kuskus według przepisu na opakowaniu.
Podajemy na ciepło, układając przepiórki na kuskusie i polewając wszystko sosem. Jedna porcja to właściwie dwa ptaki, bo są to prawdziwe maleństwa.
I sprawdzamy jak wielką ochotę mamy na konną przejażdżkę:-)
Sos jest rzeczywiście niesamowity, delikatnie różano-anyżowy. Przepiórki mnie nie zachwyciły z kilku względów. Są za małe i jest na nich bardzo niewiele mięsa. Może i wyglądają czarująco, ale zdecydowanie niewygodnie się je obgryza. Ale jest na to rada- podudzia kurczaka. Ponieważ został nam sos, drugiego dnia zrobiłam to samo danie, ale właśnie z podudziami. Też je podsmażyłam, polałam sosem i upiekłam. I ta wersja smakowała mi bardziej. Jest też praktyczniejsza- nie wyobrażam sobie siebie jedzącej przepiórki w towarzystwie. Chyba tylko Geralt z Rivii byłby w stanie zrobić to w cywilizowany sposób. Z podudziami jest mniej dylematów związanych z etykietą.
Podsumowując- czy warto pitolić się z wątpliwym przepisem z latynoskiej powieści? Jak najbardziej! Ta literatura jest zdecydowanie jadalna. W wersji z kurczakiem to bardzo ciekawy przepis, którym można zabłysnąć z jakiejś okazji. Wiecie,w stylu "kochanie, z okazji rocznicy przygotowałam mięso w sosie różanym". Brzmi nieźle, prawda?

6 komentarzy:

  1. Odpowiedzi
    1. :-) Racja, chociaż nie da się ukryć, że przepiórki są z zasady z dodatkiem malizny.

      Usuń
  2. wiesz co? intrygujące danie, miałabym chęć spróbować :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Polecam, nie da się porównać z niczym- połączenie mięsa z kwiatowością jest bardzo ciekawe:-)

      Usuń
  3. Musiało być pyszne:)
    pozdrawiam wakacyjnie

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. :-) Spełniło oczekiwania! Miłego wieczoru!

      Usuń