środa, 1 października 2014

Tradycja w formie pleśniaka

Skończył się wrzesień- dziwny i prowizoryczny w tym roku, totalnie bez ładu i składu. Nawet jeśli próbowałam coś planować to nie wychodziło, albo wychodziło z zupełnie innej strony. Od kilku dobrych tygodni mam wrażenie, że zupełnie nie panuję nad swoim życiem. Człapię, truchtam ale nie mogę go dogonić. Na dodatek wczoraj umieściłam ogłoszenie- krok ku pożegnaniu się z Kaśką. W tym całym chaosie potrzebuję czegoś stałego. Tradycji, przewidywalności i niezawodności. Jednym słowem- pleśniaka.
Pamiętam dokładnie kiedy pierwszy raz przeczytałam o pleśniaku. Było to w gazetce o starożytnym Egipcie dla dzieciaków i tam nazywał się "egipskim pleśniakiem". Nie mam pojęcia skąd ten pomysł, bo nie przypuszczam, żeby ciasto to kiedykolwiek miało coś wspólnego z tym krajem. Ale właśnie wyguglałam "egipski pleśniak" i wyskoczyło mi całkiem dużo wyników, wiec widocznie nie tylko ja czytałam tę gazetę:)
Wtedy pleśniaka nie zrobiłam, ale kilka lat później moja mama znalazła przepis w "Kuchni" i od tego czasu robi go regularnie. Nie umiem określić, który to numer czy rok wydania, ale tak właśnie figuruje na bardzo poplamionej stronie zeszytu z przepisami- Pleśniak (Kuchnia) vel Skubaniec (bo tak go też nazywamy). I w moim nieskoordynowanym stanie duszy pomyślałam- to jest to! Niezawodne, pyszne ciasto, które zjem do zamyślonej kawy. A że nie byłabym sobą gdybym czegoś nie zmieniła, zrobiłam go z mirabelkowym akcentem. Moja mama robi pleśniak bardzo cieniutki, ja zrobiłam w mniejszej formie, bo chciałam mieć wyższe kawałki z widoczną "pleśnią" z białek.
PLEŚNIAK VEL SKUBANIEC

500g mąki krupczatki
250g masła
4 łyżeczki cukru pudru
4 jajka (białka i żółtka oddzielone) 
2 łyżki kakao
2 łyżeczki proszku do pieczenia
szczypta soli
3/4 szklanki cukru
ok 350g powideł (u mnie mirabelka z wanilią- śliwki smażone z cukrem i laską wanilii; sprawdzą się też z węgierek, porzeczek i innych kwaskowych owoców)

Z mąki, masła, cukru pudru, żółtek i proszku do pieczenia zagniatamy szybko kruche ciasto. Dzielimy je na trzy równe części i do jednej wrabiamy kakao. Z kawałków ciasta formujemy walce i chowamy do zamrażarki na około godzinę. 
Prostokątną formę wykładamy papierem do pieczenia, piekarnik nagrzewamy do 180*C. Białka ubijamy na pianę ze szczyptą soli. Tutaj porada konQbka, który jako obywatel wychowany przez Babcię, jest mistrzem ubijania piany (na biszkopt, który Babcia robi tylko na jajkach...)- najlepiej i najszybciej jest to zrobić ręcznie. Nie wierzyłam, ale spróbowałam i przyznaję mu rację- nie ma to jak brutalna siła mięśni. Do sztywnej piany stopniowo dodajemy cukier, wciąż ubijając. Na grubej tarce trzemy do formy jedną porcję białego ciasta, na niej rozkładamy porcję powideł, następnie trzemy porcję ciemnego ciasta, nakładamy równomiernie pianę z białek i przykrywamy startą porcją białego ciasta. Wyrabianie ciasta, ubijanie piany i tarcie gotowej masy wymaga trochę kondycji- jeśli nie mamy w pobliżu męskiego bicepsa polecam pływanie. U mnie pół roku regularnego chodzenia na basen zdziałało cuda i teraz moimi miniaturowymi rączkami mogę ugnieść każde ciasto;). Pieczemy 45 minut.
Miejscami piana była naprawdę imponująca:)
Kiedy pleśniak był gotowy trzeba było poczekać aż wystygnie. Najlepiej smakuje na zimno, łatwiej też się go kroi. Kiedy odczekałam swoje, z kawą i wielkim kawałem ciasta usiadłam na schodku przy tarasie i wystawiłam twarz do słońca. Na trawniku baraszkował Teodor na zmianę z Sonią, bokiem przebiegał szpiegowsko Boguś. 
Za płotem stała Kaśka- wysprzątana w środku, pozbawiona moich gadżetów- bez Małego Głoda na lusterku, bez kawowego aromatu i wzorzystej parasolki na tylnym siedzeniu. Przyszedł ten moment, kiedy muszę się z nią rozstać. Z moim kapryśnym, ponad dwudziestoletnim kombi, w którym spędzam długie godziny, jem, śpię, gadam do siebie i śpiewam. Które traktuję jak kawałek siebie, a kiedy widzę ją na parkingu to właściwie już jakbym była trochę w domu. Wszyscy mają dobre rady, co z nią zrobić- sprzedaj, oddaj, zezłomuj. I ja wiem, że muszę to zrobić. Ale to wcale nie jest łatwe. I nie wiem jaka wizja jest gorsza- że ją rozrywają na części, czy że jakiś murarz wozi nią cement na budowę. To jakby sprzedać przyjaciela do niewoli.
Powiem wam, że nawet pleśniak nie jest w stanie poprawić mojego nastroju.

8 komentarzy:

  1. jedno z ukochanych ciast, które już po jednym kawałku podbiło moje serce :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Moje też, bo to świetne zestawienie smaków, nie za słodkie, nie za kwaskowe, nie za czekoladowe- po prostu idealny balans i klasyka:)

      Usuń
  2. Jadłam też wersje z agrestem. Też mnie czeka zmiana auta , to będzie trudne rozstanie. Auto wolałbym sprzedać dalej niż na złom.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mmmm- kwaskowaty agrest- musiało być super! Niech no tylko nasz zacznie owocować więcej niż jedną kulkę!
      Z jednej strony lepiej sprzedać dalej, ale z drugiej moja jest już tak stara, że jeśli ktoś ją weźmie to pewnie w celach "przemysłowych", a to też boli. Była opcja, że przejąć ją miał ktoś z rodziny- to byłoby najłatwiejsze, ale niestety nie wypaliło...:(

      Usuń
  3. U mnie wrzesień też był delikatnie mówiąc do bani Ale mamy uż październik. Idzie lepsze ;) I tej wersji sie trzymamy ;) A pleśniaka nie jadłam całe wieki. Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie, z nowym miesiącem nowa, lepsza aura! Tak ma być!:) Ślę październikowe już pozdrowienia!

      Usuń
  4. Nie umiem zrobić pleśniaka, który by mi idealnie smakował. To ciasto, które wolę od kogoś dostać :).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. :) Nie wiem, czy mój spełniłby oczekiwania- poza tym nie wiem jak z wysyłaniem ciasta pocztą- pewnie dostarczają w zupełnie innej formie niż zostało wysłane;)

      Usuń