sobota, 18 października 2014

Dlaczego sprzedam przyjaciela na złom?

Dziś będzie o bardzo muchomorzastym piątku. Tak, znam te litanie do piątunia, piąteczku- ja też czekałam na niego z utęsknieniem. Ale nie wyszedł. No może nie do końca- udał się kompost, ale umówmy się, że to też entropia i robaki, więc w ogólną depresyjną tendencję się wpisuje. Cóż, powiedzmy wprost- będzie tyrada.
Dobra, może nie aż tyrada. Raczej zebranie moich spostrzeżeń zebranych podczas prób sprzedania 22 letniego samochodu. Proces ten był krótki- trwał niespełna miesiąc i właśnie z przytupem się zakończył. Jak już pisałam, do mojej Kaśki mam stosunek emocjonalno-przyjacielski i pozbycie się jej jest dla mnie trudne. Jest to jednak mój problem i jestem gotowa z nim sobie poradzić. Na co nie jestem gotowa, to podejście potencjalnych nabywców.
I dlatego mówię "dość". Nie chcę słyszeć pretensji od zupełnie obcych mi osób, kiedy nie zgadzam się na ich ofertę kupna za kwotę poniżej kosztów złomowania. Nie chcę być nazywana oszustem dlatego, że pełnoletni samochód ma usterki- o których zresztą szczerze informuję. Już nic nie chcę, tylko pożegnać Kaśkę z godnością, bez licytowania się o każdą złotówkę. Biznesu życia, na jej sprzedaży zrobić nie planowałam, chciałam uniknąć pocięcia jej na części. Nie udało się.
Piątkowe dyskusje wyprowadziły mnie ostatecznie z równowagi. Nie mam zamiaru użerać się tak ani razu więcej. I jeszcze wyobrażać sobie, jak stojące przede mną osoby będą Kachę traktować. Dotarło do mnie, że jej czas już nadszedł. I oto odpowiedź na pytanie, dlaczego oddam przyjaciela na złom. 
Jest to też wyjaśnienie dlaczego pół piątkowej nocy piekłam ciasto albo dlaczego zakupiłam 2 litry wina proszek...
A tak dobrze szło- przerzuciłam górę kompostu w kolejnym podejściu do ogarnięcia śmieci w naszym ogrodzie, wyżyłam się i dumna, niczego nieświadoma zmierzałam do domu. Popatrzcie na moje dzieło!
Etap skręcania metalowych profili (oryginalnie służą do montażu półek) został zakończony dwa tygodnie temu. Z plastikowego kompostownika postanowiliśmy zrezygnować ponieważ zupełnie się nie sprawdził. Po niecałym roku nie trzymał zupełnie formy a zatrzaski się wyrobiły.
To zastało mnie wczoraj.
A to efekt końcowy. Nowy kompostownik jest trochę za wysoki- nie mam dobrej wyobraźni 3D. Profile owinęliśmy drobną siatką i przykręciliśmy śrubami, dodatkowo wzmacniając krawędzie tytrytkami. Sterta obok to gałęzie, które musiałam przyciąć- nie idą do kompostownika, bo świetnie nadają się na stroisz. W tle nasz płotek- dalej się trzyma!!!
A to już dzieło dzika (pierwsze dwa zdjęcia) i konQbka (zdjęcie ostatnie). Znów jakaś wygłodniała bestia zaczęła nam buszować po ogrodzie. Idea jest taka, że dzwoniące łańcuchy zniechęcą i odstraszą intruza.

Pełne nadziei październikowe dynie.
I pełne słodyczy październikowe maliny:)

2 komentarze:

  1. ojoj, przykro mi z powodu Kachy. Domyślam się co czujesz, bo ... ja szykuję się do tego kroku od jakiegoś czasu. Dziwne to - przecież to TYLKO samochód. Ale taki kochany, taki mój pierwszy, tyle z nami "przeżył", w tylu miejscach byliśmy razem... hehehe mąż się ze mnie śmieje :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A bo faceci mają inne podejście. Chociaż mój tato niby taki obojętny, a jednak niechętnie podchodzi do pozbycia się Kachy- to był pierwotnie jego samochód. Ech, nalewam sobie kielich wina i biorę się za wypełnianie formularzy w autoskupach...

      Usuń