piątek, 22 listopada 2013

Moja wielka, grecka jesień

 
Siedzę sobie w środku nocy, bloguję i popijam aspirynę. Czysta dekadencja.
Moja odporność nieco przegrywa z pogodą i klimatyzacją. Staram się jak mogę, ale jedyne co mi dobrze wychodzi w ciągu ostatnich dni to spanie. Jak już doczołgam się do domu, to ledwie starcza mi przytomności, żeby wleźć do łóżka. Niech szlag trafi ten listopad.
Z drugiej jednak strony, wcale mi listopad tak bardzo nie przeszkadza. Wprawdzie pogoda się totalnie zepsuła, a niebo ma stalowo-szary kolor i tak naprawdę nie wiadomo gdzie się kończy a zaczyna mokra ziemia. Bardzo szybko robi się też ciemno- ale to wszystko wiecie. Mimo tej ohydnej aury, mam w sobie jakiś taki optymizm, który każe mi witać ludzi w pracy słowami "jak się macie ten piękny, słoneczny dzień." I optymizm ten jest niezniszczalny.
Dowodem może być środa- w pracy jak co tydzień od 8:30 do 17:45. Na zewnątrz jesienna plucha- widoczność na autostradzie żadna. Na drodze napotkać można dwa typy kierowców- wariatów, którzy uparcie ignorują złe warunki na drodze i zapitalają jak zwykle, oraz pierdoły, którzy na widok deszczu redukują prędkość do 15 kilometrów na godzinę. Jeśli dwóch takich się spotka- stłuczka gwarantowana. Tych w środę było wyjątkowo dużo. 
Wsiadając do samochodu prawie wywaliłam całe swoje jedzenie, przygotowane na długi dzień- chyba tylko ja jeżdżę samochodem z oknem uwalonym kruszonką (od zewnątrz...). Kiedy w końcu dotarłam do biura numer jeden byłam prawie spóźniona. W recepcji dali mi zepsutą kartę, ale o tym przekonałam się, kiedy drzwi windy się zamknęły i pozostali pasażerowie wcisnęli swoje piętra. Oznaczało to wycieczkę na piąte piętro, powrót na dół i znów wjazd- tym razem na szóste, to właściwe. Niby nic, a irytuje. W biurze brak sali, mimo cotygodniowej rezerwacji. Skończyliśmy w poprzeprowadzkowej kuchni, z zajumanymi krzesłami, z papierami na kartonach. A ja spokojna jak po prozacu- i tak do końca dnia. Co jest?
Najlepsze w listopadzie jest to, że jest to miesiąc kontrastów. Podwórkowe zimno przeciwstawiam gorącu kubka kakao. Szybko zapadającą ciemność, światłom w oknach mijanych domów (jak ja lubię tak zaglądać w czyjąś codzienność). Senność- mocnej kawie. Wiatr i wciskającą się wszędzie lodowatą wilgoć- ciepłym kocom, rękawiczkom i czapkom. Nigdy nie czuję się tak dobrze w domu jak jesienią i zimą. Siadam sobie na łóżku, z książką na kolanach i budzę się po dwóch godzinach. Stąd zastój na blogu- drzemki zabierają mi zbyt dużo czasu. A lista tematów czeka. 
Rośliny już okryte, gotowe na ochłodzenie. Wielki krzak przycięty (przy okazji odkryłam co to takiego jest:)). Azalia i wrzosy porządnie podlewane, żeby miały zapas na zimę. No i kolejka nomz też jest spora. A blogerka zamiast pisać przysypia.
Skoro w końcu odzyskałam na chwilę przytomność, proponuję coś słodkiego- do wieczornej herbaty i książki jak znalazł. Idea ciasta pochodzi z tegorocznych wakacji. Kiedy zwiedzaliśmy Kerkyrę, znaleźliśmy maleńką cukierenkę z dala od uczęszczanych szlaków. Początkowo mieliśmy tam tylko kupić wodę, bo było bardzo gorąco (ech...), ale ciasto przemówiło do nas i wzięliśmy po kawałku (główne zdjęcie posta to właśnie to ciasto).
Cukiernia była tam gdzie biały szyld.
 Nie jest to typowo grecki smakołyk z ciastem filo, bakaliami i miodem- ich też próbowaliśmy i były przepyszne (szczególnie kataifi). To jest coś co później znalazłam pod nazwą ciasta mozaikowego albo po prostu bloku czekoladowego (korzystałam głównie z tego przepisu). Proste, smaczne i użyteczne, jeśli ma się nadmiar orzechów:) I jak się okazuje bardzo popularne- a my musieliśmy przelecieć pół Europy, żeby je poznać:) Zapraszam do próbowania!
BLOK CZEKOLADOWY

125g masła
250ml mleka
3 łyżki kakao
3 łyżki cukru
100g ciemnej czekolady
1 paczka (około 250g) maślanych herbatników  (petite beurre)
pół szklanki zmielonych orzechów (włoskich, laskowych, migdałów itp.)
Masło topimy na małym ogniu, dodajemy mleko i kakao. Mieszając doprowadzamy do wrzenia i zdejmujemy z ognia. Następnie wsypujemy cukier i mieszamy. Połamaną w drobne kostki czekoladę wrzucamy do płynu i mieszamy aż do rozpuszczenia. W misce kruszymy ciastka na grube kawałki i polewamy przestudzonym sosem czekoladowym. Dodajemy orzechy i mieszamy. Zostawiamy na kilkanaście minut, żeby ciastka wchłonęły część płynu. Następnie masę układamy na kawałku folii spożywczej, zawijamy, formujemy i wkładamy do lodówki na około 3 godziny.
Się dzielę się:)
A przy okazji greckich wspominek, chciałabym pokazać kawałek Korfu z naszej kulinarno-roślinnej perspektywy. W sam raz na ponurą jesień:)
Kataifi, lody kumkwatowe (kumkwat to lokalny smakołyk z Korfu), figa i... muszę spytać KonQbka
Korfu  było kiedyś pod panowaniem brytyjskim, i wciąż Brytyjczyków jest tu pełno. Tutaj typowy brytyjski humor na jednym z szyldów. Mieliśmy wrażenie, że na Korfu łatwiej zjeść coś brytyjskiego niż greckiego. Restauracje serwują angielskie śniadania i fish and chips, sklepy pełne są popularnych w Wielkiej Brytanii marek (to tu jadłam moje pierwsze w życiu lody Ben&Jerry's:)). No i wszędzie słychać angielski w najróżniejszych wydaniach- nawet w małej knajpce w niewielkiej wiosce w centrum wyspy właścicielka mówiła nieskazitelnym angielskim. Dla mnie to było wielkim plusem, ale turystów spragnionych greckiej kultury może to trochę odstraszyć.

Zaskoczyła mnie budleja, która rosła sobie w rowie- a ja swoją tak niuniam.
Hibiskusy kwitły w trakcie naszego wyjazdu- przepiękny widok.
Tajemnicza roślina rosnąca przy drodze na plażę. Jej wyjątkowość polegała na tym, że pachniała ogórkami małosolnymi:) Czy ktoś rozpoznaje co to takiego?

Znane i z naszych polskich ogrodów wijce.
To co w Grecji najwspanialsze, czyli gaje oliwne.
Przy drodze, prawie nas samym morzem- szkarłatka. Ciekawe czy to ta sama co u nas?
Tajemnicze drzewo w Kerkyrze, z niesamowitymi naroślami- czy to korzenie powietrzne?
Niestety nie udało się nam zwiedzić najsłynniejszych ogrodów w Kerkyrze. Zabrakło środka transportu, bo okazało się, że wynajęcie samochodu wymaga dużo wcześniejszej rezerwacji (nauczka na przyszłość). Tutaj park przy starej twierdzy- niewielki, ale klimatyczny, z milionami gadatliwych cykad.
Ten krzak to figa. Mimo, że była obżarta przez przechodniów, udało mi się zdobyć kilka owoców. Dla fig prosto z drzewa mogłabym się przeprowadzić do krajów śródziemnomorskich choćby zaraz (kuszą mnie bardziej niż tamtejszy klimat:)).

Ciekawy pomysł zacienienia miejsc parkingowych ogromną glicynią. Niestety było po sezonie kwitnienia.
Tajemniczy i piękny krzew przy naszym hotelowym balkonie. Jak dla mnie coś pomiędzy lilakiem a budleją.
 Mam nadzieję, że udało mi się trochę rozweselić to ponure, listopadowe popołudnie:)

4 komentarze:

  1. Oj udalo!:) I wiem co teraz zrobie, ukroje sobie moje nowo upieczone ciasto czekoladowe i zaczne ogladac stare zdjecia z wakacji... !

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. :) To bardzo się cieszę! Nie ma lepszego momentu na oglądanie wakacyjnych zdjęć niż listopad- wtedy mają największą moc!:)

      Usuń
  2. Zdjęcia super:) piękne widoki :). Magda zapodaj jakiś świąteczny przepis...moze na ciasteczka, pierniczki ...?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki:)
      Wprawdzie pierniczki już upieczone, ale na dekoracje brakuje czasu. A przepis mam taki odwieczny, zwykły, bez żadnych naszych składników. Powiem szczerze, że ciężko mi się jeszcze świątecznie ogarnąć:/

      Usuń