Motywująca żurawina

 
Nie często zaglądamy teraz do ogrodu- co dwa trzy dni sprawdzamy, czy skrzydlata menażeria ma co jeść, poza tym raczej spędzamy czas w domu. Zamiast ogrodowych owoców pochłaniam mandarynki (tak, to już ten czas...), zamiast doglądać naszego pobojowiska, przemierzam wirtualną postapokalipsę (wróciłam do Fallout'a...). A tu okazuje się, że warto- oto ktoś postanowił zrobić nam niespodziankę i upiększyć bramę. Niestety nie tak jak planowałam, fajnym znakiem, ale do naszego zrujnowanego płotu pasuje jak ulał.
Nasz płot i brama to tragedia- stara zardzewiała siatka, brama spięta na gumkę. Ale funkcję swoją jako tako spełnia. Ponieważ nie stać nas na razie na nowe ogrodzenie, jedyne co pozostaje to obsadzić to co jest pnącymi roślinami. Pierwsze podejście- nasturcje, okazało się mało pnące. Mimo zapewnień na opakowaniu, że obrosną wszystko, nasturcje pięknie zakwitły przy gruncie. Teraz zasiałam wzdłuż stare nasiona wijców, znalezione przez brata w czeluściach piwnicy- może one będą się pięły.
Taaa...
A dziś, podczas kontrolnej wizyty odkryliśmy, że w słupek od bramy ktoś wjechał samochodem. Nawet części się jeszcze walały. Po kilku konQbkowych przywaleniach młotkiem dało się jakoś bramę zamknąć- ale już nie jest idealnie symetryczna (bo oczywiście była) ;)
 
Nawet nie wiem czy mnie to dziwi, czy wkurza- najbardziej cieszę się, że to tylko tyle. W zeszłym roku, mniej więcej w tym czasie znajomy rodziców przyprowadził do ogrodu konie. Rodzice umówili się z nim dawno temu, żeby przyprowadzał zwierzęta na wypas, a on nie zauważył, że w ogrodzie coś się zmieniło. Konie zauważyły i z radością opitoliły glicynię. Wtedy stres był większy:)
Ta zeżarta glicynia to ta po lewej- mimo, że został z niej tylko sterczący kikut puściła piękne pędy i dogoniła swoje nieobżarte koleżanki.
A dziś? Zen. Wróciliśmy do domu, zabiłam kilka super mutantów, a najlepszy konQbek na świecie zrobił obiad- smażony camembert z kuleczkami ziemniaczanymi i pyszną żurawiną- robioną z naszej własnej, zdeptanej kiedyś przez konia, żurawiny. I przepisem na tę konfiturę chcę się dziś podzielić, bo jest zacny.

OSTRA ŻURAWINA DO MIĘS I SERÓW
Zdjęcia biurkowo-podlampkowe, stąd jakość.
ok. 0,5 kg żurawiny wielkoowocowej (tak wyglądała nasza w tym roku)
ok. 3/4 szklanki wody
1 łyżeczka całych ziarenek gorczycy
1 łyżka mielonej gorczycy
1/2 papryczki chilli (może być suszona, bez pestek)
3 łyżki octu winnego
3 czubate łyżki cukru żelującego

Żurawinę myjemy i przebieramy zostawiając dojrzałe, zdrowe owoce. Wrzucamy je do garnka i zalewamy wodą. Stawiamy na średnim ogniu i podgrzewamy do momentu aż niektóre zaczną pękać. Dodajemy gorczycę, papryczkę chilli (my dodajemy pokrojoną w grube paski, tak, żeby można ją było potem znaleźć), ocet i cukier żelujący. Doprowadzamy do wrzenia. Wygotowane słoiki wypełniamy gorącą żurawiną i zamykamy. Polecam średnie słoiki, tak żeby można było zużyć cały słoik do obiadu. Zawekowana żurawina wytrzyma spokojnie kilka miesięcy, ale po otwarciu trzeba ją dość szybko zjeść.
Przepis na tę żurawinę był jednym z powodów dla którego w ogóle wzięliśmy się za biznesy ogrodowe (pisałam o tym tu). I po roku zrobiliśmy ją z wyhodowanych przez siebie owoców- to jest niesamowita satysfakcja. I mogą nam wpuszczać konie, wjeżdżać samochodami, wrzucać śmieci- i tak się nie damy. Bo wiemy, że warto:)

Komentarze

  1. U mnie to samo!!! Płot zdemolowany - w ogóle u nas płoty to cała historia - poczytajcie wpisy z przełomu roku 2012/2013 to się Wam poprawi humor;) Ostatnio ktoś ciągnikiem przejechał przez mój ugór i stratował mi jarmuż - kto - nikt nie wie;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj przeczytałam i nigdy tego nie zrozumiem zabaw polegających na niszczeniu nie swoich rzeczy. Rozumiem, człowiek czasem musi się wyżyć, rzucić czymś więcej niż tylko mięsem- ale niech rzuca swoim (mój brat trzymał w tym celu stare doniczki, którymi rzucał z balkonu, a potem bardzo opanowanie sprzątał:)). A może to o to chodzi, że młodzi nie wiedzą ile kasy i wysiłku to kosztuje- jak będą mieli swoje może im się perspektywa zmieni. Albo jak im ktos kaze zaplacic
      (przepraszam za brak znaczkow diakrytzcznzch ale w polowie pisania moja klawiatura spontanicznie zmienila sie na ustawienia finskie i nie umiem tego odcznic)

      Usuń
  2. Rzeczywiście, to już czas na mandarynki. U nas są pochłaniane wręcz w ogromny ilościach. :)
    Kurcze, co się dzieje z tymi ludźmi? Żeby coś zepsuć i się nie przyznać? Myślę, że dobrym rozwiązaniem będzie wilec pnący. Kupiłam w marcu małe opakowanie, kwiaty pięknie się pięły, a teraz można uzbierać sporo nasion. :))
    A ten obiad ... mmm ślinka cieknie. :)
    Pozdrawiam,
    Ilona

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mandarynki wręcz uzależniają! Wystarczy poczuć aromat skórki i wszyscy zaczynają je jeść (przetestowane na wielu grupach;)).
      Myślę, że nasze społeczeństwo masowo choruje na miganie się od odpowiedzialności- i co szczególnie smutne uczy się też tego dzieci. Mam nadzieję, że te odwieczne nasiona w takim razie wykiełkują i zarosną naszego potwora zwanego płotem:)

      Usuń
  3. Ach Ci ludzie... za żurawiną nie przepadam, ale kto wie... ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja za to nie przepadam za octem ale w tej konfiturze do mnie przemówił:)

      Usuń

Prześlij komentarz